Co słychać u dziewczynek?

Wpisy

  • wtorek, 10 września 2013
    • szóste urodziny

      Pewnie mieliście kiedyś wrażenie pełnego dumy rozkoszowania się nowością. Na przykład w nowym mieszkaniu. Nie tam, że wstaję, idę do kuchni i robię sobie kawę. Tylko: Och, to moje nowe mieszkanie. Och, staję na nowej podłodze. Och, to moja nowa kuchnia. Och, to ja robię sobie kawę w och, mojej nowej kuchni.

       

      Ja tak miałam też z dziećmi, kiedy były malutkie. Och, idziemy do zoo. Och, ja i moje dzieci idziemy do zoo. Och, moje dziecko jedzie spacerówką. Och, moje dziecko w zoo je chrupkę. Och, pokazuję dziecku wiewiórkę. Och, dziecko mówie "Basia". 

       

      I tak się zastanawiałam nieraz, kiedy następuje moment, kiedy przyzwyczajamy się na dobre do swojego dziecka, kiedy jego obecność przestaje być wyjątkowa, taka że chcemy każdą minę zarejestrować aparatem, że wszystko jest takie nowe. Kiedy przestajemy się na codzień starać, a może (żeby nie brzmiało to pesymistycznie) - kiedy staranie wchodzi nam w krew. Kiedy po prostu wchodzimy do kuchni zrobić kawę. 

       

      I myślę, że właśnie na szóste urodziny.

       

      Akurat organizowaliśmy urodziny Marianki i wspominałam kolejne takie imprezy urządzane w klubie dla dzieci.

       

      Czwarte urodziny  - tłum rodziców zaproszonych dzieci przez dwie godziny tłoczy się wokół bawiących się, robi zdjęcia swoim maluszkom, które bawią sie w kółku, mają pomalowaną buzię, jedzą tort, mają krem na brwi.

       

      Piąte urodziny - połowa rodziców zaproszonych dzieci wychodzi na godzinę, zostawiając mi numer telefonów, upewniając się, czy aby dobrze zapisałam. Przychodzą po dzieci pół godziny przed zakończeniem przyjęcia. Ci co zostają są  bez aparatów, rozmawiają między sobą i nie interesują się zabawą.

       

      Szóste urodziny - wszyscy rodzice zostawiają dzieci na zabawie i wychodzą, a nastepnie niektórzy się spóźniają!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „szóste urodziny”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 września 2013 23:36
  • sobota, 07 września 2013
    • Grecy i Rzymianie

      Takie dwie książki czytamy teraz równolegle, jedną po drugiej. Dziewczynki traktują je z równą powagą:

       

       

       

      Czasem tylko spytają: A ten Hannibal to był naprawdę? A elfy naprawdę umierają, jak dzieci przestają w nie wierzyć?

       

      Trochę postmodernistycznie traktują Greków i Rzymian, którzy są teraz na topie na równi z Lego Friends i kucykami Pony. Niemniej jakieś informacje posiadły i tak jak rozpoznają Rainbowdash, tak też nazywają na obrazkach Ares-Mars, Hera-Junona, Minerwa-Atena, zmuszając mnie do gorączkowego sprawdzania, jak się nazywała Diana w wersji greckiej (oraz do rozmyślań, że odziedziczyły po mnie zamiłowanie do wiedzy mało użytecznej i praktycznej).

       

      A dzisiaj z Helenką taką odbyłyśmy rozmowę:

       

      HELENA (wdzięcząc się i kokietując): Mamo, a jak byłam małym, maleńkim bobaskiem, to byłam słodka?

       

      JA (poddając się cukierkowemu nastrojowi z czterolatką fikającą na moich kolanach): Nadal jesteś słodka, aż bym cię chciała zjeść.

       

      HELENA (trzeźwo): O, to jak Kronos. Możesz mnie potem zwymiotować.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Grecy i Rzymianie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      sobota, 07 września 2013 15:34
  • poniedziałek, 19 sierpnia 2013
  • wtorek, 13 sierpnia 2013
    • o braku odpowiedzialności

      Muszę przyznać ze skruchą, że Nieję wymyśliłam w sumie ja. I uważałam przez długi czas, że to świetny żart, nasz rodzinny taki koloryt. Zaczęło się tak:

       

      - Kto wysypał rodzynki?

      - To nie ja!

      - To nie ja!

       

      - Heeej! A kto się bawił moimi kolczykami?

      - Nie ja!

      - Nie ja!

       

      - Dziewczyny, kto rysował na tych nutach?

      - To nie ja!

       

      W końcu zaczęłam pytać, kim jest Nieja, gdzie mieszka Nieja, jaka jest Nieja. Zaczęłyśmy rozmawiać o Niei, która naprawdę fatalnie się zachowuje. I tak Nieja zamieszkała z nami, okazało się, że jeździ z nami na wakacje i odpowiada za absolutnie wszystko.

       

      Ostatnio miałam dość tego głupiego żartu, bo każde groźne przesłuchanie kończyło się żarcikami o Niei. Okazywało się też, że nawet przyłapana na gorącym uczynku Helenka oznajmia, że to Nieja rozkręciła części prysznica oraz wylała szampon.

       

      Zaprotestowałam. Koniec. Muszą brać odpowiedzialność w końcu za swoje czyny. I wróciły do dawnych obyczajów.

       

      - Helenka! Co ty robisz? Wieszasz się na kaloryferze?!?

      - Tak. Ale niechcący.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „o braku odpowiedzialności”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 sierpnia 2013 19:12
    • usprawiedliwienie

      Naprawdę po lekturze komentarzy czuję się w obowiązku usprawiedliwić, dlaczego taka była przerwa blogowa. 

       

      Usprawiedliwiam się materiałem wizualnym. Fajnie, co?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „usprawiedliwienie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 sierpnia 2013 18:29
    • próba sił

      - Nie mogę, mamo, nie mogę nic podnieść z podłogi, tak mnie boli - Helenka rzuca się dramatycznie na kanapę.

      - Co cię znowu boli? - w moim zniecierpliwionym głosie pobrzmiewa jednak nutka, no nuteczka obawy, że może niesprawiedliwie przymuszam do ciężkich robót cierpiące dziecko.

      - Żołądek.

       

      Hmmm.

      Sprytna jak lis biorę Helenę w krzyżowy ogień pytań.

       

      - Tak? A gdzie jest ten żołądek?

       

      Ręka Helenki wędruje niepewnie ku klatce piersiowej. Jej oczy obserwują mnie bystrze. Nagle dostrzegają podstęp. Chowa ręce za siebie i pyta z oburzeniem:

      - Gdzie jest żołądek? A to ty, mamo, nawet tego nie wiesz?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 sierpnia 2013 00:49
  • poniedziałek, 12 sierpnia 2013
    • co jedzą ludzie?

      Jeszcze rok temu nie uwierzyłabym, że w ogóle sięgniemy po tę książkę. Zwłaszcza Marianna nie chciała słuchać o żadnych okrutnych praktykach, obrzydliwościach,  o gotowaniu i jedzeniu zwierząt nie wspominając. Wszystko jednak się zmienia jak w kalejdoskopie. Teraz panuje u nas faza drobiazgowego zainteresowania rzeczywistością w każdym jej przejawie. Marianka nadal boi się tajemniczych i groźnych baśni, ale z rozkoszą słucha zarówno o narzędziach tortur i szczegółach oblężeń grodów, jak i o bardzo dziwnych potrawach, byle byłyby to opowieści prawdziwe.

       

      (Tu dygresja: Helenkę raczej uspokaja hasło "to tylko książka, to tylko bajka, to tylko film". Mariankę wręcz przeciwnie. Marianka dzielnie stawia czoła rzeczywistości. Chce wiedzieć, jak było i jak jest naprawdę i nawet okrutne historie przyjmuje z naukowym namysłem. Natomiast bać się przy czytaniu zmyślonych historii? Bez sensu!)

       

      co jedzą

       

      Przyznam szczerze, nie spodziewałam się niczego dobrego po tej książce. Wszyscy od razu zauważą, że ilustracje, cała grafika i układ książki hm, hm, czerpią obficie z modnej stylistyki pp. Mizielińskich, ocierając się o plagiat. Dlatego sądziłam, że całość będzie wtórna i nijaka. Bardzo się zdziwiłam, bo wręcz przeciwnie. Nawet - aż mi przykro - ale bardziej mi się podoba niż niektóre pozycje Mizielińskich. 

       

      Książka traktuje o najdziwniejszych i najobrzydliwszych potrawach na świecie (Polskę reprezentują dzielnie flaki i czernina). Jest o kawie kopi luwak, o rybie fugu, o ciastkach z błota, serniku z aligatorem, tarantulach, ślimakach, gulaszu z wymiotów psa (ten zaszokował nas najbardziej). Są opisy drastyczne - o powolnym podgrzewaniu żywych rybek na przykład, a nawet o ludożerstwie. (Jedynie rozdział o zjadaniu surowego mózgu małpy skrzętnie przed nimi ukryłam, bo jakoś nie mogłam). Dziewczynki były do tego stopnia zafascynowane książeczką, że zabierałyśmy ją nawet na spacery. Na placu zabaw budziła furorę, wszystkie dzieci chciały słuchać.

       

      Dodatkowo książka ma mały wykładzik o różnicach kulturowych i relatywizmie norm - pokazuje, że tak jak dla jednych jedzenie psów, tak dla innych jedzenie świń lub krów jest nie do pomyślenia. Można też trochę poczytać o różnicach w obyczajach towarzyszących jedzeniu.

       

      Jak zwykle rozmowy o relatywizmie nie służą wpajaniu zasad dobrego zachowania.

       

      - Marianka! - unoszę oburzona brwi, kiedy córce odbija się bardzo głośno.

      - Ale ja się bardzo grzecznie zachowuję. Tylko, wiesz, w innym kraju.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „co jedzą ludzie?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 12 sierpnia 2013 22:06
  • niedziela, 11 sierpnia 2013
    • o odraczaniu przyjemności

      Helenka ma zadatki na osobę kupującą pod wpływem impulsu.

       

      - Oooo, kup mi, kup mi, kup mi! Muuuszę to mieć! - krzyczy na widok świecącego glonojada, wisiorka z delfinkiem, szklanej kuli ze śniegiem oraz góralem made in China.

       

      Marianna stara się panować nad swoimi popędami zakupowymi. Niby to dobrze, że taka dojrzała. Ale czasem nawet chciałabym, żeby pozwoliła sobie na luz i poddanie się instynktom, bo nieraz ból malujący się na jej buzi, kiedy stoi przed stoiskiem z glonojadami i mówi "Nie. Ja zbieram przecież na pociąg kucyków" jest nie do zniesienia.

       

      Tym razem jechałyśmy przez Polskę, a długa trasa zmiękczyła mnie i moje postanowienie o niekupowaniu badziewia. 

       

      Stacja benzynowa. Na półce zestaw - dwie laleczki (jasna i ciemna) na łóżku piętrowym, w pudełeczku różowym.

       

      - Jakie piękne! - dał się słyszeć pełen podziwu szept na wysokości mojego lewego przedramienia.

      - Ooo, kup mi, kup mi, kup mi! - ryknęło przy mojej prawej nodze.

      - Kupię, ale po warunkiem, że aż do wyjazdu do Chorwacji (2 tygodnie) nie będzie mnie nudzić o żadne zabawki, pamiątki i inne śmieci.

      - Taaaak! Kup! Kup! Kup! - wrzasnęła Helenka, która z pewnością nawet nie zaprzątała sobie głowy kwestią tego, czy łatwo jej będzie dotrzymać umowy.

       

      Marianna długo i w skupieniu namyślała się nad warunkami układu i w końcu powiedziała, że przystaje na nie.

       

      Jedziemy. Dziewczynki rozradowane. Rozpakowują laleczki. Laleczkom nadaje się imiona. (Helenka i Marianka, tak, zgadliście). 

       

      Laleczki rozmawiają. Laleczki fruwają po samochodzie. Laleczki się ubierają, rozbierają, kładą do łóżka.

       

      Jedziemy. Jedziemy. Laleczki śpią. Jedziemy.

       

      Nagle...

       

      Straszny wrzask z tyłu. Moja pierwszy myśl: Osa Mariankę ugryzła! Szerszeń!

       

      - Co się stało? - pytam przerażona, starając się panować nad kierownicą.

      - Bo ja... - łka Marianna - bo ja... bo ja... 

      - Co ci jest?

      - Bo ja obawiam się, że podjęłam złą decyzję.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „o odraczaniu przyjemności”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 sierpnia 2013 19:51
  • piątek, 26 lipca 2013
    • piasek i woda w Warszawie

      - Mamo! Jaki piasek! Pustynia! Czy tu jest Sfinks?

       

      Trudno uwierzyć, co wzbudziło ten entuzjazm, zwłaszcza że właśnie wróciliśmy znad morza, a wcześniej dziewczynki były już tydzień na Kaszubach i dwa tygodnie w Gorcach. (Dosłownie szaleństwo wyjazdowe nas ogarnęło. Pralka furkotała, pranie nie nadążało ze schnięciem). Ale teraz przyszedł czas na lato w mieście. W Warszawie upał i szukamy pomysłów na ochłodzenie się. Kiedyś już pisałam o basenie na Szczęśliwicach, który jest fajny, ze zjeżdżalnią, w parku, ale też bez piachu, no i całkiem drogi. Za rodzinę 2+2 płaci się 40 zł. Niby można siedzieć cały dzień, ale kto tyle wysiedzi? 

       

      W każdym razie Sfinksa dzisiaj dziewczynki szukały nad Jeziorkiem Czerniakowskim, które w tym roku na nowo otwarto. Rozważcie, o ile nie macie obrzydzenia do wszystkiego,o nie jest sterylnym basenem. Jeziorko jest czyste - w każdym razie dopuszczone przez służby do użytku, a moje dzieci z AZS parchów po kąpieli nie mają. Jest wyznaczone kąpielisko z bojami, ratownikiem, białą flagą i innymi znakami legitymizującymi nasz pobyt. Jest trawka, a dla chętnych piach (raczej brudny i kleisty, ale dziewczyny niespecjalnie były tym zniesmaczone). Dość tłoczno, raczej swojsko, no i widok na elektorciepłownię Siekierki. Ale za darmo i blisko natury, więc gdyby Wam się zrobiło gorąco, to spróbujcie.

       

      Co jako Sadybianka, która nad tymże jeziorkiem w czasach jego świetności niejeden dzień spędziła, polecam.

      jeziorko

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „piasek i woda w Warszawie”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      piątek, 26 lipca 2013 20:07

Tagi

Kanał informacyjny

konkurs