Co słychać u dziewczynek?

Wpisy

  • poniedziałek, 31 października 2011
    • pozytywnie o księżniczkach

      Marianna chce być księżniczką. A Helenka chce być Marianką. I co tu zrobić, żeby w tym ważnym wieku uniknąć wzorców słodkich, różowych, mdlejących, zamkniętych w wieży, czekających na pocałunek i ślub? Szukam i próbuję. Oprócz znanych nam od dawna książeczek (i kreskówek) z serii "Świat małej księżniczki", które są naprawdę niesłodkie, nieróżowe i niemdlejące, znalazłam nowe.

       

      mała księżniczka

      Pierwsza - dla obu księżniczek, już poniżej lat trzech "Dzisiaj Lucy jest księżniczką", czyli o królewnie, która wie, czego chce. Książeczka zaspokaja apetyt na różowość, sukienki i korony, ale królewna przede wszystkim jest inteligentna i zaradna, potrafi się złościć, umie użyć podstępu w dobrej sprawie, a ślubem z księciem przejmuje się bardzo mało.

      lucy

       

      Druga - dla starszej księżniczki to "Maleńkie królestwo królewny Aurelki".

      maleńkie

      Książka oznaczona 5+. Można spokojnie czytać z czterolatką, natomiast wszystkie smaczki i żonglowanie konwencjami docenia się chyba w wieku 5-bardzo-mocno-plus (np. 5+25). Królewna Aurelka trafia do królestwa, gdzie okazuje się, że korona uwiera, w najpiękniejszej sukni nie da się skakać, a Wielki Ochmistrz zamierza wydać ją za mąż i zabrania jej się włóczyć po lesie. A Aurelka nie robi nic tylko dlatego, że tak wypada. Ja jestem zauroczona tytułami, którymi sypie Wielki Ochmistrz "Wasza Nieostrożność!" "Wasza Melancholijność", "Wasza Potłuczoność" czy "Wasza Zmienność". Bardzo fajna, mądra i oryginalna historyjka z nienachalnym morałem. Także młodym książętom polecam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „pozytywnie o księżniczkach”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 października 2011 21:43
  • niedziela, 30 października 2011
    • mieć siostrę

      Chyba fajnie mieć siostrę, nawet jak taka przeszkadza bawić się układanką-mozaiką. Można za to bawić się przez cały dzień w mamę i dziecko (dziecko głównie ucieka przed matką - hmmm, czy powinnam się zastanowić nad swoim stylem wychowawczym?). I można się bardzo dużo nauczyć od takiej siostry. W przypadku Helenki to jest oczywiste - uczy się od starszaczki absolutnie wszystkiego, (chociaż najbardziej niezłomności w walce o swoje i narzucania swojego zdania, bo układania puzzli i jazdy na hulajnodze nadal nie opanowała). Marianna za to uczy się od Helenki na przykład otwartości i umiejętności opowiadania, co u niej słychać. Troszeczkę się uczy.

      - Marianka, miałaś dziś zajęcia z panią logopedką?  - zagaduję.

      - Mmmm.

      - A byłaś sama, czy z kimś?

      - Nie pamiętam.

      - Hej, to było dzisiaj, chyba pamiętasz.

      - Z kimś.

      - A z kim?

      - Nie pamiętam.

      - A z chłopcem, czy z dziewczynką?

      - Z dziewczynką.

      Uff, hura, wreszcie rozmawiamy.

      - Albo z chłopcem, nie pamiętam.

       

      Ale powoli odkrywa, że można inaczej, bo Helenka, wychodząc z przedszkola informuje mnie bardzo głośno, kto dziś się zsikał, kto nie lubi jeść brokułów, wytyka na ulicy ludzi palcami wołając: "O! To jest babcia Franka!" "O! To jest mama Tymka! Dzień dobry, mamo Tymka".

       

      I zupełnie znienacka urządza nam takie koncerty:

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „mieć siostrę”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 października 2011 20:04
  • sobota, 29 października 2011
    • bal czarownic

      Bal w Kalimbie był naprawdę nędzny i niewarty 25 zł za bilet. Wszystko trwało 45 minut, było strasznie gorąco i całość nie odbiegała od najzwyklejszych zajęć integracyjnych dla małych dzieci (śpiewanie w kółeczku, udawanie żab, chwila jazdy na miotle, zajęcia plastyczne i do domu). Natomiast dziewczynki były zachwycone swoimi tandetnymi przebraniami z supermarketu, dały sobie narysować krosty na buzi i pajęczyny na rękach i radośnie ujeżdżały miotły. Świetnie się nadają na małe wiedźmy, co? Widać ta rola leży w ich naturze.

       

      czarownice

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „bal czarownic”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      sobota, 29 października 2011 20:59
    • syndrom różowych odkurzaczy

      - Nieeee! Nie możesz! Ona mi przeszkadza! Mamoo!

      - Marianka, ja też układam, ja też, ja też! Mamoo! Ona mi nie daje!

       

      Myślałam, że się ucieszą z układanki-mozaiki. Cały czas żyję nadzieją, że uda mi się uniknąć syndromu "muszę kupić dwa identyczne różowe odkurzacze", że nauczę dziewczynki, że można się dzielić zabawkami.

       

      Nie cieszą się. Nie dzielą się. Bardzo głośno krzyczą.

      - Mamoo! Ja chcę układać, ona nie umie!

      - Mamoo! Ja chcę, ona mi zabiera!

       

      Negocjujemy. Może najpierw będzie układać jedna, potem druga? Ufff, zgadzają się, wspaniale. Losujemy. Pierwsza Marianna. Helenka zaakceptowała. Marianna układa mozolnie i bardzo ładnie motylka. Teraz kolej Helenki i zaczyna się.

      - Ona nie może mi popsuć, ona nie może, ona nie może, nie zgadzam się! - Marianna całym ciałem broni swojego motyla.

      - Ja chcę zrobić myszkę!

      - Helenko, a może zrobisz mniejszą myszkę, połowa tabliczki jest wolna.

      - Helenko, zrób taką malusieńką - prosi Marianna.

      - Nie, ja muszę zrobić dużusieńką.

      - Mój motyl! Ja nie dam! Ja nie chce! On musi zostać do jutra!

       

      Co tu zrobić? Żadne "była umowa", "ta zabawka polega na tym, że się psuje i robi od początku", "zrobimy zdjęcie motylkowi", "rozumiem, że szkoda ci motylka, ale ..." - nie dociera. Obie ryczą. W końcu wygłaszam przemowę:

       

      - Mogę wam kupić drugą taką układankę, ale nie od razu, bo nie mam teraz pieniędzy na to. Pomyślcie, może zamiast drugiej takiej samej lepiej byłoby kupić coś innego? Nową książkę?

       

      Ponure milczenie.

       

      - A dopóki nie kupie drugiej, to tę schowam. Pomyślcie, czy lepiej bawić się na zmianę, czy lepiej nie bawić się wcale?

      - Lepiej nie bawić sie wcale - odpowiadają pogodnie i zgodnie dziewczynki, a potem odchodzą do swoich zajęć.

       

      I tak zostałam. Z głupią miną i układanką-mozaiką.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „syndrom różowych odkurzaczy”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      sobota, 29 października 2011 20:42
  • piątek, 28 października 2011
  • czwartek, 27 października 2011
    • halołin

      Tak, tak, to jest już inne pokolenie. Ho,ho, pamiętam, że dla mnie doniesienia o Halloween brzmiały tak egzotycznie jak radosne obchody Todos Santos w Meksyku. A dziewczyny - mimo niechęci do zupy dyniowej, wcinają z przyjemnością pomarańczową zupę-krem o smaku halołinowym.

       

      Dzisiaj przekonałam się, że brak mi istotnych kompetencji kulturowych. Na przyjęciu w przedszkolu Helenki wszystkie zagraniczne mamusie, oraz żony Amerykanów bardzo zgrabnie wycięły swoje jack o'lanterns. Tylko ja walczyłam z nożem, sapałam, a w końcu pozostawiałam tyle farfocli dyniowych w środku, że sfajczyły się przy próbie wstawienia świeczki. Na szczęście dziewczynki przykryły moje niedoróby toną brokatu, piór, cekinów, w stylu maski weneckiej. Potem radośnie skonsumowały żelkowe robaki i galaretkę z żabami. A to dopiero wstęp. Sukienki czarownic wiszą w szafie i dziewczyny zamierzają halołinować na całego.

       

      Jak stawiacie, która nasza?

      dynie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „halołin”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 października 2011 22:39
  • środa, 26 października 2011
    • Deja vu

      Jedziemy z Helenką na zdejmowanie szwów. 

       

      Cały czas myślę, jak byłam (w tym samym szpitalu) z Marianną (w bardzo zbliżonym wieku, co obecnie Helenka) na zdejmowaniu szwów, w podobnej porze roku. I ani się obejrzałam, a zaczęłam rozumować, jakby rozcięcie głowy przez trzylatka na jesieni było czymś równie nieuchronnym, co  kolka, ząbkowanie, szczepionka MMR i bilans dwulatka. Inne mamy w poczekalni dziwnym trafem w ogóle nie wykazały zrozumienia dla mojego entuzjazmu, że oto 1:1 i koniec meczu. Zaliczone mam. Obie córki  już były na szyciu, znaczy więcej nie zjawię się w tej okropnej przychodni przyszpitalnej. Rozumiecie? Mam to już z głowy. Na zawsze. I nie próbujcie wyprowadzać mnie z błędu! 

       

      Ten sam smętny korytarz, te same umierające paprotki, ta sama wściekła atmosfera "gdzie pani? my tu wszyscy czekamy! no patrzcie, wepchnęła się, co z tego, że z rentgenu wraca?". Niby deja vu, ale Marianna darła się na cały szpital i trzymały ją bodaj cztery osoby, a piąta ściągała szwy. Helenkę trzymałam ja, delikatnie, za rączkę, a ona w jednym momencie pisnęła cichutko. Mariannę przygotowywałam do tej chwili intensywnie i wiele dni, kupiłam jej strój lekarki, ćwiczyłam zdejmowanie szwów zabawkom,  obiecałam liczne nagrody za dzielność (które dostała mimo całkowitego braku dzielności). Helence musiało wystarczyć kilka słów typu "mama będzie z tobą, jesteś bardzo dzielna", nawet zapomniałam zabrać jej książeczki do poczekalni, bo musiałam wydzwaniać do urzędu, a dziecko bawiło się samodzielnie w motylka fruwającego naokoło całej poradni. Tak się czasem zastanawiam, nawet coraz częściej, czy to miało sens w pierwszej ciąży pić kawę? Aha, wtedy byłam wierna filozofii, że nie będę do końca rezygnować ze swojego stylu życia i swoich przyjemności tylko dlatego, że mam dziecko. I pocieszam się, że ta różnica charakterów, to przecież może być tylko przypadek, prawda?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Deja vu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      środa, 26 października 2011 23:28
  • wtorek, 25 października 2011
    • wyróżniona!

      Przedszkolanki, pani psycholog i mama (czyli ja) debatują, jak tu poprawić Marianki sprawność motoryczną palców, a ona tymczasem zdobywa wyróżnienie w konkursie pracą pt. "Moja ulubiona pani". Proszę zwrócić uwagę na podpis! Proszę zwrócić jeszcze baczniejszą uwagę na śmiały strój - przezroczystą suknię, pod spodem uwidoczniony brzuch oraz pępek. A to, co wygląda jak szmata w dłoni Pani nie jest wcale uwłaczającym pozycji nauczyciela przedszkolnego rekwizytem, przynależnym woźnej, lecz naszą, polską, patriotyczną, acz karłowatą wierzbą płaczącą.

       

      pani

       

      No, dobra, wszystkie nadesłane prace zostały wyróżnione i nagrodzone, bo było ich bardzo mało. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 października 2011 22:18
  • poniedziałek, 24 października 2011
  • sobota, 22 października 2011
    • temperatura uczuć

      Kaszle. No, kaszle. Niedobrze. Sezon grzewczy. Październik. Kaszle. Pewnie alergia na roztocza. Pewnie za sucho i za ciepło. Gdzie termometr? O! Jak to 17 stopni? Niemożliwe. A, stoi przy oknie. Pewnie wieje. Przestawię. Dawaj ten dzyndzel zza okna, obchodzi mnie, ile mam w domu, nie za oknem. Kaszle. Co? Jak to 23 stopnie? A, pewnie od kaloryfera takie gorąco. Wyłączę te głupie kaloryfery. Jednego się nie da wyłączyć, bo pokrętło odleciało. Trudno. Jeden zostaje. Kaszle. Dobra, termometr. Gdzie by tu postawić? O, tu. Co? 22 stopnie? Nie, to pewnie od kuchni się grzeje. Dobra. Tu. Na samym środku mieszkania. Święty termometrze, co stoisz na wysokości, wskaż mi dobrą temperaturę. 21. Za ciepło. Kaszle. Okno otworzę. Już lepiej. O, 19. Świetnie. Kaszle. 17. Za zimno. Zamknę okno. Nie, bo duszno. To może okno uchylę, a kaloryfery włączę. Kaszle. Kaloryfery pewnie wysuszają to powietrze. Może jakieś mokre szmaty powieszę, czekając na dostawę nowego nawilżacza. Dobra, mokre szmaty wiszą, pranie sobie wstawię, będę se suszyć na kaloryferach, świetnie. Do pralki wrzucić problem wraz z głową. Tralala. O nie. Kaszle. Ile stopni? 18. Nogi ma zimne, skarpetki zrzuciła. I kaszle. Może to nie alergia? Może przeziębiona? A ja jej okno otwieram, a tam pewnie mróz za oknem? Ciekawe, ile stopni. Aha, nie wiem, bo zabrałam moją "stację pogody" z parapetu, bo tam wiało. Przymknę. Może wywietrzę tak porządnie, z oknami na oścież duży pokój, ale zamknę drzwi do sypialni, a potem zamknę okna, a otworzę drzwi do sypialni. Genialny plan. Tak znienacka cały pokój jej zapełnię świeżym powietrzem, ale nie za zimnym. Kaszle. Spokojnie, wdrażam plan. Dobrze, wywietrzone, ale teraz jak okna zamknięte, to może lepiej zakręcę kaloryfery. A mokre szmaty? Jak tak wiszą na zimnych kaloryferach to bez sensu chyba? Kaszle, no, no, no. Kokoko. Kurczątko moje.

       

      A pomyśleć, że kiedyś myślałam złożonymi zdaniami. Abstrakcyjnymi pojęciami. Na poważne tematy. Ale żaden z nich tak mnie chyba nie wciągał!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „temperatura uczuć”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      sobota, 22 października 2011 21:59

Tagi

Kanał informacyjny

konkurs