Co słychać u dziewczynek?

Wpisy

  • piątek, 31 sierpnia 2012
  • czwartek, 30 sierpnia 2012
    • wyprawka

      Ło matko i córko! Helena idzie przecież do przedszkola! Normalnego, państwowego przedszkola! 

       

      Przy Mariannie szalałam z przygotowaniami. Zamówiłam w czerwcu piękny worek z krecikiem przez internet. Kupiłam kilka nowych ubranek na tę okazję. I kapciuszki oczywiście nowiusie. Wprasowałam 100 naklejek z imieniem i nazwiskiem i pieskiem (długo wahałam się, czy nie zamówić naklejek z motylkiem).

       

      A Helena? E, ona już przyzwyczajona do instytucji. Wszystko wie, wszystko ma. Kapcie ma stare, a jak przymałe, to jakieś tam po Mariance wyciągnę. Naklejek nie kupuję, bo po co. Albo się odrywają w praniu, albo z kolei tak wgryzają się w materiał, że nie można usunąć. No, to będzie chodzić w bluzie z naklejką "Marianka". Worek kupiłam w pasmanterii i namazałam imię markerem.

       

      Oczywiście - Marianna była parę miesięcy młodsza od Helenki. I nie chodziła wcześniej do przedszkola. I ja nie znałam tego przedszkola. Ale umówmy się - ona po prostu jest córką pierworodną i Helenka nigdy nie dostanie tej całej uwagi, biedactwo moje. Za to więcej spokoju jej oferuję niż Mariannie, a co!

       

      Najgorsze, że, Helenka ostatnio zapowiedziała, że ona nie chce iść do przedszkola. Przypomniałam sobie, że Marianka miała 3 miesięczny program psychicznego wdrażania do tej trudnej i nowej sytuacji. Helence zostało tylko parę dni, ale wzięłam się do roboty i efekty są. Gdyby ktoś właśnie się obudził, że nie przygotował dziecka do przedszkola, polecam kilka lektur na ten temat.

       

      1) "Przedszkoludki, 100 radości i 2 smutki" Agnieszki Frączek. Jest to książka koszmarna pod każdym względem. Potworne, kulawe wierszyki (w stylu "ecie pecie słoń w berecie"), paskudne rysunki i wszechogarniająca nuda. Ale dzieci kochają tę pozycję. Są tam omówione rozmaite sytuacje z życia przedszkola. Szczególnie terapeutyczny jest rozdział o tęsknocie za rodzicami. Najlepiej jednak zapoznać się z obyczajami panującymi w wybranej placówce dydaktycznej, zanim przystąpi się do czytania. Marianna po przeczytaniu piętnaście razy o tym, jak istotny jest znaczek na szafce w przedszkolu, była niepocieszona, że u niej w przedszkolu w szatni są wypisane imiona, a znaczków brak.

       

      100 radości

       

      2) "Lulaki, pan Czekoladka i przedszkole" Beaty Ostrowickiej - to pozycja na nieco wyższym poziomie. Rysunki są niebrzydkie, występują pewne poetyckie sformułowania, a nawet żarty (na przykład, że codziennie rano obowiązkiem każdego dziecka jest pomarudzić "Ja nie chcę iść do przedszkola!" - to pomaga zamienić takie marudzenie w dobry żart. No, powiedzmy, dobry od czasu do czasu). Ogólnie - fajna książeczka przygotowująca do przedszkola, nudna nieco, za to z płytą CD, więc kiedy już trzy razy się przeczyta i obgada, można z czystym sumieniem włączyć. Oczywiście moje dzieci cenią ją znacznie mniej niż "Przedszkoludki".

       

      lulaki

       

      3) "Basia i przedszkole" Zofii Staneckiej. To nie jest może pozycja przygotowująca do przedszkola, bardziej książka przeznaczona dla dzieci, które już do przedszkola chodzą. Opowiada o poszukiwaniu przyjaciółki, o tolerancji, o akceptacji, o chęci przynależności - czyli o problemach , które akurat w pierwszych dniach nie będą najważniejsze dla przedszkolaków.

      Seria o Basi święci wielkie sukcesy - nie jestem jakąś zagorzałą jej fanką, ale akurat ta książka udała się nadzwyczaj dobrze, jakaś taka jest prawdziwa i czytamy ją z przyjemnością.

       

      basia

       

      Poza tym zabroniłam dziewczynkom mówić "przedszkole Marianki". Teraz trzeba mówić "nasze przedszkole". Będzie dobrze, prawda?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „wyprawka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 sierpnia 2012 13:56
    • moje niejasności

      Na tych wakacjach jakoś tak mnie wzięło, że przeczytałam parę książek, których akcja dzieje się w Azji. I z lubością doprawdy wczytywałam się w dramatyczne nieraz losy bohaterów, którym nigdy nie przychodziło do głowy sprzeciwić się woli rodziców.

       

      - Tak, szacunek dla starszych, fajnie w tych Chinach musieli mieć - myślałam sobie, patrząc na moją córkę wijącą się na dywanie z wrzaskiem "Musi być dzisiaj sukienka, musi być!"

       

      I do tych książek też słuchałam sobie takiej płyty Gaby Kulki, na której śpiewa ona piosenkę "Niejasności" ze słowami: "Dlaczego wszystko jest tak proste, póki nie przydarzy się tobie?".

       

      Polecam Wam! Świetnie się ją nuci, kiedy na przykład pięciolatka urządza scenę, pod tytułem "Dlaczego szczoteczka do zębów mojej siostry jest większa niż moja" i nie pomaga tłumaczenie "Bo sama sobie taką wybrałaś".

       

      No i takie wątpliwości mnie naszły... Można je streścić w "Czy dla dzieci trzeba czasem być niemiłym i wrednym, nawet jeśli wcale nie ma się na to ochoty?" (Ewentualnie, przeformułujmy to w języku bardziej psychologicznym i poprawnym politycznie: "Czy dzieciom należy stawiać ograniczenia, niejako sztucznie, nawet tam, gdzie nie ma realnych barier?") 

       

      Zacznę od podstaw:

      Czy jak dzieci będą widziały mamę, która sprząta w całym domu, to nauczą się, że należy sprzątać w domu, czy też nauczą się, że one sprzątać nie muszą, bo mama zrobi to za nie?

       

      Tutaj raczej nikt nie ma wątpliwości. Nauczą się niesamodzielności i tego, że one same nie muszą nic, bo nie są stworzone do takich rzeczy.

       

      No, dobra, a teraz przechodzimy z teorii do praktyki. Jak dzieci są zmęczone po podróży i lecą prawie przez ręce, to posprzątać za nie ten jeden raz zabawki  rozrzucone radośnie  po powrocie do domu? Czy docenią to i przyjmą jako ludzki gest, który należy naśladować w przyszłości? Czy też od kolejnego dnia zaczną domagać się, że mama ma robić coś za nie?

       

      Czy dzieci, którym kupuje się dużo ładnych książek będą kochać i szanować książki, czy też na kolejną powiedzą "a, to tylko książka"?

       

      Czy dzieci zabierane na egzotyczne wakacje będą się z nich cieszyć, czy stępi im się wrażliwość i potem będą gardzić wyjazdem na Mazury?

       

      Czy dzieci, którym pozwala się jeść to, co chcą, a nie surowo zapowiada "nie wstaniesz póki nie zjesz do końca, i nie interesuje mnie czy lubisz tę surówkę, ciesz się, że w ogóle masz co jeść", będą naśladować rodziców, czyli radośnie i chętnie eksplorować nowe smaki, czy też będą urządzać przy obiedzie u znajomych rodziców sceny w stylu "nie lubię tej zupki, coś w niej pływa, ble, nie zjem mięsa, bo za twarde, nie zjem surówki, bo nie lubię"? Ewentualnie po prostu wypowiadać się "Nieee, nie kupuj chleba, mamo, bo ja nie lubię, wolę słodkie bułki"?

       

      Czy dziewczynka, której się mówi, że jest mądra i ładna będzie wierzyć w siebie i wiele osiągać w życiu, czy też powie prędko koleżance "nie jesteś taka ładna i mądra jak ja"?

       

      Chyba pójdę sobie teraz poczytać "Pierścień i różę" i ten fragment, kiedy Czarna Wróżka daje chrześniakom najcenniejszy dar, czyli "odrobinę cierpienia". A potem zapiszę się może na kurs chodzenia po linie, bo znalezienie tej równowagi między "traktowaniem dzieci z miłością i szacunkiem", a "rozpieszczaniem i robieniem z nich rozwydrzonych potworów" wydaje mi się tym trudniejsze, im dzieci są starsze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „moje niejasności”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 sierpnia 2012 11:51
  • poniedziałek, 27 sierpnia 2012
  • piątek, 24 sierpnia 2012
    • marzycielka i realistka

      Zwykle to Marianna jest refleksyjna, a Helenka twardo stąpa ziemi. Ale nie zawsze. 

       

      Dzisiaj.

       

      Helenka (monolog): A po co jest niebo? Żeby ptaszki fruwały. Bo jak bez nieba? Chodziłyby ptaszki po ziemi i tylko tak nisko musiałyby latać. A słonko? Gdzie by było słonko, jakby nieba nie było? Na ziemi by leżało, smutne. I po to właśnie jest niebo.

       

      (Wycieczki do planetarium nie mają najwyraźniej bezpośredniego przełożenia na wiedzę).

       

      Marianka (dialog na temat zbliżających się urodzin).

      - Tak, będzie tort, i zdmuchniesz świeczki, i pamiętaj, żeby pomyśleć wtedy życzenie, ale nie wolno go mówić.

      - Dlaczego?

      - Bo się nie spełni.

      - Jak to?

      - No... e... -wycofuję się trochę pod naporem racjonalizmu - to tak nie do końca prawda, to taki zwyczaj, tak się mówi. Możesz też powiedzieć to życzenie - mówię pojednawczo.

      - Nie wierzę w to! To jest bez sensu! - kategorycznie stwierdza Marianna.

       

      A po chwili dodaje trzeźwo: Jak może się w ogóle spełnić życzenie, którego się nie powie? Wytłumacz mi to! Jak nikomu nie powiem, to skąd ludzie będą wiedzieli, co ja bym chciała?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „marzycielka i realistka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      piątek, 24 sierpnia 2012 18:25
    • mais qu'est-ce qu'elles disent?

      Jadę z kuzynem z Kanady samochodem (kuzynem bezdzietnym i francuskojęzycznym, mimo polskiego nazwiska na "-ski" nie mówiącym po polsku). I z dziećmi (moimi, polskojęzycznymi, których znajomość języków obcych ogranicza się do "Ciao, bello!")

       

      Rozmawiam raz z tylnymi siedzeniami po polsku, raz z siedzeniem pasażera łamaną francuzczyzną.

       

      Kuzyn bardzo chce wiedzieć, o czym rozmawiam z dziewczynkami. Bezustannie pyta: Mais qu'est-ce qu'elles disent? Ale co one mówią? Co mówią? Co teraz mówią?

       

      - Ach, takie tam pytania zadają - rzucam lekko - jak to dzieci. No, wiesz.

       

      Ale bezdzietny Kuzyn nie wie.

       

      - Jakie? - pyta, spodziewając się zapewne czegoś rozkosznego.

      - No w tej chwili pytały, czy może być dom cały obrośnięty liśćmi i czy ludzie, którzy mieszkają w takim domu częściej chorują niż inni i na co. 

      - O.

      I Bezdzietny Kuzyn nie odzywa się już do końca jazdy. Patrzy na mnie podejrzliwie. Pewnie myśli, że kompletnie nie umiem po tym francusku i już nie chce mnie męczyć, bo mówię takie dziwne rzeczy.

       

      Cóż, nie zawsze można się zrozumieć, gdy mieszka się w innych światach, nie?

       

      P.S. I tak ukryłam, że pytały o to "gdzie jest sucha nitka", oraz "jaka jest różnica między trudami i przeszkodami", bo miałabym kłopot z przetłumaczeniem...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „mais qu'est-ce qu'elles disent?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      piątek, 24 sierpnia 2012 14:04
  • wtorek, 21 sierpnia 2012
  • poniedziałek, 20 sierpnia 2012
  • niedziela, 19 sierpnia 2012
    • na Litwie z dziećmi

      Aż naprawdę nie wiem, od czego zacząć po takiej przerwie.

       

      Może od tego, że Litwa, a w zasadzie Wileńszczyzna - na którą wybraliśmy się pod wpływem dość spontanicznej decyzji - jest bardzo fajnym miejscem na wakacje z dziećmi?

       

      W rankingu moich córek najfajniejsze okazały się:

      a) Aqua Park w Druskiennikach (i tu się zgadzam, wysoko oceniam ów park wodny, a odkąd mam dzieci odwiedziłam wyjątkowo dużo aquaparków),

       

      b) pamiątki: wełniana myszka i konik na patyku (i tu znacznie mniej się zgadzam), oraz

       

      c) niezmiernie pospolity placyk zabaw między blokami w Trokach (i tu zgadzam się jeszcze mniej niż poprzednio).

       

      Ale i inne rzeczy okazały się na Litwie całkiem przyjazne.

       

      Po pierwsze dziewczynki są tak zafascynowane królewnami i rycerzami, że można z nimi zwiedzić wszystko, o ile jest po drodze zamek (Troki i Wilno zostały łyknięte na fali księżniczkowej; odkąd mam dzieci, odwiedziłam wyjątkowo dużo zamków).

       

      Po drugie - wioski na Wileńszczyźnie są sielskie, zwierząt domowych na nich więcej niż u nas, za wyjątkiem ujadających kundli, których jest mniej. Dlatego świetnie się tam podróżuje rowerami, oglądając dworki, przysiółki, gęsi, konie, sady, kurki (odkąd mam dzieci, wyjątkowo często oglądam zwierzęta domowe).

       

      Poza tym - ceny jak u nas, czyściej, jeziora bardziej odludne, lepsze drogi, trochę swojsko, a trochę egzotycznie (Karaimi!), dobry standard w agroturystyce. Słowem - polecam dla rodzin z dziećmi, bardzo! Jeszcze tam wrócimy.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „na Litwie z dziećmi”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 sierpnia 2012 21:01

Tagi

Kanał informacyjny

konkurs