Co słychać u dziewczynek?

Wpisy

  • sobota, 30 lipca 2011
    • MU

      MUzę Melpomenę dane nam było dziś spotkać. MUltum ciekawych i dobrych rzeczy robi Teatr Plac Zabaw, grając za darmo spektakle dla dzieci na placach i skwerach.

      http://teatrplaczabaw.pl/

       

      MUry wysokich bloków na Bielanach nas otaczały - uważam że to super, że grają nie tylko w znanych i pięknych miejscach, bo zaraz przyłączyło się spontanicznie mnóstwo dzieci, których rodzicom pewnie nie chciałoby się jechać na spektakl gdzieś do miasta. MUndial nawet nie byłby dla nich równie wciągający.

       

      MUzyki pierwsze takty zabrzmiały i od razu dał się słyszeć płacz Helenki "Mamo, ja się boję!". MUszka moja maleńka wskoczyła mi na kolana i wtulona we mnie nie chciała rzucić okiem na scenę. MÓwię serio, przez całą godzinę tak siedziała. MUł zbierał się wprawdzie na trawniku, bo zaraz po rozpoczęciu spektaklu spadł deszcz. MUskularna krowa jednak i jej MUsicalowe numery tak przykuły uwagę Marianny (dla dziewczyn to miałam peleryny, dla siebie już nie), że na żadne sugestie, że "może już pójdziemy" nie reagowała. MUrem siedziałyśmy do końca. MU, Mama Mu oczywiście nazywał się ten spektakl - polecam, jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      sobota, 30 lipca 2011 22:51
  • piątek, 29 lipca 2011
    • łaskawa

      - Mamo! Ja chcęęę! Ja chcęęę kocyk dla lalek! Ja chcę kocyyyyk dla lalek - wyje Helena, a Marianna rozradowana drażni się z nią i  wymachuje jej kocykiem przed nosem.

      - Poproś Mariankę, ona wzięła pierwsza - wzdycham, bo poprzysięgłam sobie nie wyskakiwać z  "ustąp, ona jest młodsza'.

      - Mariankoooo, daaaaj mi kocyk dla lalek!

      - Ale na krótko, dobrze? - łaskawie zgadza się Marianka.

      - Yhyyyy - szloch zwolna ustaje.

      - Potem jak ja ciebie poproszę, to mi oddasz, tak? - upewnia się Marianna.

      - Tak! - Helena jest gotowa obiecać wszystko.

      Jestem bardzo dumna z Marianny, gotowej do dzielenia się, a zarazem takiej asertywnej i broniącej swoich interesów.

      Po przekazaniu kocyka,  układ pokojowy zostaje natychmiast niehonorowo zerwany.

      - A ja ci teraz nie dam! Nie dam ci - rozradowana Helena drażni się z Marianną i wymachuje jej  kocykiem przed nosem. (Tak, kocyki dla lalek najwyraźniej służą do powiewania siostrom przed nosem, a nie do otulania lalek).

      - Dobra- pojednawczo i pogodnie mówi Marianna,  aż nie mogę uwierzyć w jej łaskawość. Wtedy szeptem zwierza mi się na chłodno ze swego planu: Potem ją nastraszę i wszystko sobie odbiorę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      piątek, 29 lipca 2011 21:06
    • pływanie

      Naprawdę nie rozumiem siebie i swojej wiary w Wisłę. Taka w tej Warszawie brzydka, opuszczona, śmierdząca, wielkimi ulicami i krzaczorami otoczona, zawłaszczona przez wąsatych wędkarzy i pijaczyny różnej maści. Jednak gdy słyszę o jakichś inicjatywach nad Wisłą, zawsze myślę sobie, że może jest jeszcze szansa dla tej rzeki, że warto wesprzeć i zwrócić swoje oblicze w jej stronę. Zaraz mi się włącza, że bulwary tętniące życiem, że baseny z czystymi pomostami, kluby wioślarskie - wszystko mogłoby być. I zawsze daję się złapać na te artykuły, że Wisła to skarb, tylko my nie dostrzegamy, że piękna, gdy się nią spływa. Żeby dać szansę. No i znów dałam.

       

      Od zeszłego roku obiecuję dziewczynkom pływanie po Wiśle jakimś promem czy wodnym tramwajem. Podjęłam do dzisiaj dwie próby, obie zakończone porażką - raz było po powodzi (dwa tygodnie po powodzi, zaznaczam, a w Warszawie nie było powodzi) i jeszcze nie sprzątane; drugi raz po prostu nie było i nie było kogo spytać. Dziś sprawdziłam w Internecie na stronie ztm.waw.pl, że spod mostu Syreny o 16:00, 17:00 i 18:00 wypływa statek na czterdziestopięciominutowy rejs spacerowy. Ruszamy. Wędrujemy od mostu Syreny. Rozumiem, że budują metro i nie ma pięknych bulwarów, ale czy naprawdę musi to wyglądać tak?

      syrena

      pod mostem

      Brniemy w szlamie, w huku maszyn, skaczemy po betonowych blokach. Największa korzyść - na podstawie obserwacji pomnika możemy rozwiązać gnębiący nas ostatnio dylemat, czy syrena ma ludzką pupę, a poniżej ogon, czy też już od pasa w dół jest już rybą. (Ma pupę!)

       

      Pytamy napotkanych ludzi o rejsy - nikt nie wie. "Pani idzie na Podzamcze, tam jest tramwaj". W końcu docieramy do odrapanej przyczepy, gdzie pan wybałusza na mnie oczy i mówi, że owszem, jest łódź, ale musi się zebrać 10 osób, a jesteśmy tylko my (jest jeszcze piętnaście minut do rozpoczęcia rejsu, ale widać jest przyzwyczajony, że nie ma chętnych, bo zatrzaskuje się w przyczepce). Dziewczyny są nieutulone w żalu. Mam tak dość niekonwencjonalnych atrakcji w Warszawie, że wsiadamy do samochodu i udajemy się w najbardziej konwencjonalne miejsce w Warszawie. Do Łazienek ("one się nazywają Łazienki, bo my tam tak łazimy"). A tam wsiadamy do gondoli z konwencjonalnym łabędziem i mogę spełnić swoją obietnicę. Pływamy!

      łazienki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      piątek, 29 lipca 2011 20:53
  • czwartek, 28 lipca 2011
    • mała i duża

      - Mamo, a ja już jestem duża? - pyta Helenka.

      - Ty nie, ja jestem duża - odpowiada za mnie Marianna i wyjaśnia, że dzieci małe"tylko siedzą w domu i się bawią, a duże chodzą do przedszkola i szkoły". Poza tym cała różnica polega na tym, że "duże dzieci są większe niż małe, a małe dzieci są mniejsze niż duże". Z tej definicji jasno wynika, że Helenka nadal jest mała. A Marianna? Czy jest już duża?

       

      Marianna ostatnio odważnie kłusowała na koniu. Kiedy jednak tylko zgrabnie z niego zeskoczyła jak mała amazonka, wrzasnęła na cały ośrodek "Maaa-maaa! Siii-kuuu". 

       

      Marianna na hasło "to jest Toruń, tam się urodził Kopernik", umie powiedzieć, co odkrył Kopernik i że jest centrum Kopernik, i że jest pomnik Kopernika w Warszawie i że Słońce jest gwiazdą. Ta sama Marianna tego samego dnia święcie wierzy, że "mała laleczka wskoczyła mi z krzaków do koszyczka i powiedziała na uszko, że chce pojechać do Marianki".

       

      Zadaje z równą powagą pytania:

      - A kiedy bardzo długo nie pada deszcz, to czy ludzie umierają, bo nie mają co jeść?

      Oraz:

      - A ilu pomocników ma święty Mikołaj i czy on zawsze przychodzi na Sadybę do baby najpierw? A czy ci pomocnicy robią się coraz starsi?

       

      Zdecydowanie Marianna obecnie jest mała i duża.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lipca 2011 21:39
  • wtorek, 26 lipca 2011
    • park odkrywców

       Co to jest? Wygląda trochę jak kredka, trochę jak kran, trochę jak butelka?

       

      Tak opisała Marianna instalację "Szeptacze"/"Whisperers" w Parku Odkrywców w Centrum Kop ernik.

      http://www.kopernik.org.pl/wystawy/park-odkrywcow/

      

      Nie była to udana wyprawa. Spodziewałam się, że nowo otwarty Park Odkrywców  będzie na miarę krakowskiego Ogrodu Doświadczeń, gdzie w zeszłym roku bawiłyśmy się wspaniale.

       

      http://www.ogroddoswiadczen.pl/ 

       

      Niestety, donoszę, że Park Odkrywców na wyrost nosi tę dumną nazwę- są tu miłe pagóraski trawiaste, jakaś sadzawka, ścieżki, niedziałający przyrząd do prowokowania echa (nie działa z powodu zbyt wysokiego poziomu wód gruntowych), tarcze pokazujące, jak biegnie fala dźwiękowa (nie udało się zaobserwować z powodu zbyt niskiego poziomu, na którym usytuowane są uszy dziewczynek - nie mogę jednocześnie mówić do jednego talerza i trzymać na rękach dziecka przy drugim, znacząco oddalonym talerzu). Jedynie te szeptacze były wspaniałe i wprowadziły dziewczynki w ekstazę.

       

      - Mamo! To szumi morze!

      - Mamo! To mówi dinozaur!

      - To burza!

      - Dziwne stworki plumkają!

      - Tam chyba rosną samochody! Te z tunelu!

       

      Największym odkryciem Parku Odkrywców jest to, że nad Wisłę da się zejść ot tak, bez przekraczania wielkich ulic.

       

      Do CNK nie dało się wejść- tylu chętnych. Do planetarium też nie. Kicha.

       

      Z drugiej strony nasze ostatnie, bardzo udane z mojej perspektywy wyprawy do Kopernika kończyły się zwykle awanturą, musztrowaniem, moim bólem głowy. A dziś? Co było (prócz szeptaczy) atrakcją dnia? Otóż na Lipowej, wśród ekskluzywnych budynków i salonów Bentleya ostał się jeden stary  budynek. I tam, przy głośnym dicho (pomyślałam sobie, że jakiś wielbiciel disco tak buduje dźwiękowy mur między swoim domem a tymi tłumami studentów z BUWu) po parapetach chodził kotek. Dziewczynki obserwowały go z pół godziny, kibicowały mu, bawiły się w kotka, bawiły się, że ich piesek pluszowy jest kotkiem i były bardziej zachwycone niż wszelkimi galeriami Bzzz.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 lipca 2011 22:25
  • poniedziałek, 25 lipca 2011
    • ale lale

      - Super, jaki pusty pokój, prawie żadnych zabawek. Wszyscy znani mi młodzi rodzice jeszcze przed narodzeniem dziecka wypychają półki miśkami - powiedziała moja bezdzietna koleżanka, która odwiedziła nas miesiąc po narodzinach Marianny.

      - Bez sensu! - powiedziałam. Ależ byłam z siebie zadowolona! Jaka dumna! Mądrzejsza od tych wszystkich znanych jej młodych rodziców. I ten pokoik, taki pusty. Przestrzeń (istotna dla rozwoju). Na półkach kilka edukacyjnych, stymulujących zmysły zabawek dla niemowląt, niespotykanych, bo z USA i parę ładnych książek z mojego dzieciństwa. Wyobrażałam sobie, jak pokoik zapełni się mądrymi, ekologicznymi, drewnianymi zabawkami. Kilkoma. Może kilkunastoma. Żeby nie rozpraszać.  Dziecko należy otaczać pięknymi przedmiotami, wyrabiać w nim gust. Oczywiście, grupa rówieśnicza, chęć bycia jak koleżanki - wiedziałam, że na to przyjdzie czas. Ale ten podstawowy gust, smak, wyczucie wynosi się z domu, prawda?

       

      Przyznaję, kiedy przychodziłam do domów koleżanek, u których brodziło się po kostki w grających, świecących i w ogóle plastikowych zabawkach, zgroza mnie ogarniała. Jak można na to pozwolić? No jak? Już wiem jak - tak, że istnieje rodzina. I znajomi. I istnieją święta, urodzinki, imieniki, urodzinki siostry "żeby tej drugiej nie było przykro", mikołajki, wielkanocne zajączki, dnie dziecka, spacery do zoo, do Łazienek, Wilanowa, do innego parku, do cyrku, na festyny, wyjazdy nad morze i w góry, choroby, prezenty na pocieszkę, wizyty bez specjalnych okazji, ale "taki mały pluszaczek dla dzieci" i jeszcze wiele, wiele innych . I każde dziecko musi być obdarowane. Przed każdymi świętami ogarnia mnie panika i wyrzucam mnóstwo zabawek, żeby te nowe, spodziewane dopiero, miały się gdzie zmieścić. Robię to w tajemnicy przed dziećmi (mam wyrzuty, ale w końcu dom ma ograniczoną pojemność). Muszę się kryć, bo:

       

      - Mamo! Przecież my się tym bawimy! - wołają oburzone, gdy próbuję zabrać zakurzoną piramidkę dla niemowląt.

      - Mamo! To jest moje ukochane! - tuli Marianna pokolorowaną i podartą kolorowankę.

      - Mamo! To moje! Dostałam od Baby na pamiątkę w górach - broni Marianna tandetnej figurki, której w ręku nie miała od pobytu na nartach.

       

      Wyrzucam bezliośnie i pod osłoną nocy. Dobrze robię - dziewczynki przypominają sobie o straconych zabawkach tylko i wyłącznie podczas oglądania dawnych zdjęć. 

      - O, mamo! Miałyśmy takiego króliczka, a gdzie on jest?

      - No, gdzie on jest? Właśnie! Pojęcia nie mam! - kłamię bezczelnie, bo króliczek o krzywym uśmiechu made in China dawno wylądował w kontenerze PCK.

       

      To nie miało tak być. Coś gdzieś zdecydowanie poszło nie tak!

       

      - Dziewczynki, co wam się najbardziej podobało nad morzem?

      - Moja lala. (Za 5,99)

      - A może jazda konna? Kąpiele na falach? Plaża? Zbieranie jagód? Park dinozaurów? Ruchome wydmy?

      - Nie. Lala. (Za 5,99)

       

      Pocieszam się, że obecnie należy odchodzić od klasycznych standardów piękna. Furorę robią lale - brzydule. Oto ukochane zabawki dziewczynek, skab znad Bałtyku (zakupione przez moją Mami - mamy dwa takie zestawy, choć w różnych kolorach. Na fotografii: Zestaw Marianny). Tak wygląda wyniesiony z domu gust, smak i wyczucie moich córek.

       

      lale

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „ale lale”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 lipca 2011 23:47
    • meteolamenty

      Polacy współcześni mają dwie charakterystyczne cechy narodowe. Po pierwsze, wstydzą się w sklepie, jeśli nie mają drobnych, przepraszają i czują się, jakby chcieli podstępem stówę rozmienić, jeśli nie mają równo dwóch złotych na gazetę. Po drugie, debatują nad pogodą i narzekają na nią. Nawet artykuł w ostatniej Polityce na ten temat na okładce się znalazł. Strzał w dziesiątkę. Wreszcie czuję się częścią tego narodu. Ja na wakacjach codziennie wysyłałam rozpaczliwe smsy do wszystkich znajomych z prośbą o prognozę. Liczyłam, że ktoś trafi na jakimś portalu na dobrą (w sensie: optymistyczną, niekoniecznie trafną). Kiedy już dostawałam jakąś przepowiednię ("będzie dobrze, nie będzie padać, tylko rano i  wieczorem, a temperatura aż do osiemnastu stopni") to mówiłam sobie, że przecież może się nie spełnić. I tak też się nieraz działo. Ale jak tu nie interesować się tematem, gdy letnie sukieneczki leżą w szafie i są wyrastane (jak to inaczej ująć)? Co powiedzieć dzieciom, które pytają, kiedy będzie to lato, o którym opowiadałam? Zwłaszcza dzieciom, które chcą jeść lody i nie zamierzają się zadowolić serniczkiem z porzeczkową "kalarepką"?

       

      Nic to, trzeba patrzeć na takie sprawy optymistycznie. Z plusów - plaże były NAPRAWDĘ puste (polar i sztormiak, znaczy że nie jest źle, czasem zdarzały się też zimowe czapki).

      sieć

      Przy tej sieci Marianna- marzycielka oświadczyła, że możnaby w nią złapać te czarne chmury i wyprać je. Nie wiem, czy to motyw z jakiejś książki? Nie mogę sobie przypomnieć, kto wie?

       

      Kolejny plus - dziewczęta wzbogaciły się o liczne nowe doświadczenia. O ile uboższe byłyby wakacje polegające wyłącznie na wygrzewaniu się w słońcu? A tak mogłyśmy obejrzeć nie przymierzając wieżę widokową "Oko Kaszub imienia Jana Pawła Drugiego", zwiedzić fermę strusi, gdzie za 3 złote sprzedano nam w eleganckiej torebce karmę, która po rozpakowaniu okazała się kromką starego chleba, zagrać w deszczu w minigolfa i zrobić wiele równie ciekawych rzeczy. Na przykład poszerzyć wiedzę etnograficzną (tak, znowu pada)nadole

      No i jod. Wiadomo, nad morze jeździ się wszak, żeby go wdychać. Choćby na ganeczku przy dwunastu stopniach Z pewnością jodu nie zabrakło, gdyż przebywając na dworze niewielu spotykałyśmy spacerowiczów, z którymi musiałybyśmy o pierwiastek ten konkurować. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „meteolamenty”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 lipca 2011 13:43
  • niedziela, 24 lipca 2011
  • poniedziałek, 11 lipca 2011
    • with or without you

      PIĄTEK RANO

      Tralala! Lala! Lala! Jadę sobie do Warszawy. Zostawiam ukochane dzieci, zasmarkane, marudzące, wiecznie czegoś chcące. Świetnie się składa, że jadę, przecież ja nie mogę już wytrzymać rzucania sie na ziemię, tupania nogami. Nie mam siły wymyślać łagodnych strategii. Nie mam siły mówić dziesiąty raz "chodźcie do łazienki", "proszę, chodźcie do łazienki", "dziewczynki, czekam, aż przyjdziecie do łazienki". Potem głęboki wdech, ommm, przypomnienie książki "Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały" i wymykający się spod kontroli histeryczny zachrypnięty wrzask: "DZIEWCZYNY! ŁAZIENKA!" (Wszędzie w ogóle czytam, żeby nie blokować u dzieci wyrażania negatywnych emocji, to może dobrze, że daję im przykład, jak to się robi?)

       

      Pakuję sie raz, raz. Przerwa, przerwa, przerwa mi dobrze zrobi. Cudowna perspektywa. Sześć dni w otoczeniu dorosłych. A jak ktoś będzie czegoś chciał, to powie "proszę" i poczeka do rana w poniedziałek. Wprawdzie nie czekają na mnie wakacje, ale po pierwsze najpierw weekend i impreza, a potem święty spokój. Tralala! Ileż zrobię rzeczy! Skończę całą zaległą robotę. Załatwię wszystkie zaległe sprawy, podjadę do fryzjera, do księgowej, do dentysty, do warsztatu samochodowego, na zakupy. Tak, zakupy brzmią świetnie. Spotkam się z wszystkimi znajomymi. Ha! Wyślę wszystkim smsa "Czy jesteś w Warszawie". Posprzątam w szafkach, wszystkich, tych w przedpokoju i u dziewczyn, i u siebie. I będę miała masę czasu z mężem. Hej! Oczywiście, że ze wszystkim zdążę, przecież powinnam zdążać z tym wszystkim, opiekując się dziewczynkami, więc jak miałabym nie zdążyć bez nich? Hej? I na basen pójdę. Tralala. Lala.

       

      PIĄTEK WIECZOREM

      Przyjeżdżam. Zapadam w letarg. Półleżę na kanapie, bo nie mogę ani się położyć, ani usiąść. Oglądam gazetę, bo nie mam siły ani nic przeczytać, ani odłożyć gazety. Zawieszam się na czytaniu wiadomości sportowych. Nie chce mi się. Filiżanki po kawie mi się nie chce odnieść. Po co? Nikt nie zrzuci. Potem zdążę. Plecaka nie chce mi się rozpakować. Ale dziwnie tak bez dzieci, może bym się napiła białego wina. Nie wolno mi? Wolno! Co tu robić, jak tak strasznie nic mi się nie chce i nic nie trzeba? Może położyłabym się spać, w łóżku? Ale nie, trzeba by rozpiąć te sandały. I iść do pokoju. Za dużo roboty, poleżę sobie tak niezobowiązująco na kanapce. Zmieniam się w meduzę, w bloba, w galaretę. 

       

      NIEDZIELA

       Przystępuję do realizacji Planu (no, może połowy Planu, a w zasadzie połowy połowy, te szafki i dentystę można przecież za kilka tygodni, nie?). I tęsknię. Okropnie! Jak strasznie pusto jest bez moich maleństw, kruszynek, robaczków, istotek ukochanych. I myślę. I dzwonię. I układam ze strzępków informacji historyjki. I rozczulam się, że Marianna gdy usłyszała o podbitych krajach, powiedziała, że oko też można podbić. I prawie płaczę, że Helenka mówi "Tęsknię do mamy" i nie wie, czy ciocia na pewno jej zrobi kolacyjkę. I rozklejam się nawet, kiedy słyszę, że Marianka była bardzo niegrzeczna, wyprowadziła wszystkich z równowagi, rzucała się z wrzaskiem na ziemię i wyjadła cioci kotlet. Przecież to jest słodkie i zabawne! Już ja bym wiedziała, jak łagodnie do niej podejść. Biedactwo moje, któżby śmiał się denerwować na taką uroczą dziewczynkę, która na pewno przeżywa rozstanie.

       

      Niebawem pojadę i już za pół dnia będę mieć ich dosyć. Będę sobie marzyć, jak wspaniale, wspaniale mogłabym spędzić wolny czas bez dzieci. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „with or without you”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 lipca 2011 10:34
  • niedziela, 10 lipca 2011
    • telefon

      Dziewczynki należą do nowego pokolenia. To pokolenie nie rozpoznaje na obrazku telefonu w tym czymś z tarczą i skręconym kablem. Pojęcia nie mają, co to może być.

      telefon

      Natomiast telefon to stały element ich świata, a wyraz "komórka" miał do niedawna jedno znaczenie. Kiedy powiedziałam, że zamkniemy rowery w komórce, oczy Marianki prawie wyszły z orbit.

       

      Ulubioną zabawą Heleny jest przejęcie  aparatu telefonicznego/pilota/czegoś w obłym kształcie i nadawanie: "Halo! Tak, jesteśmy w domu. A ty? (przerwa) Dziewczyny w porządku. (przerwa, odrzucanie włosów, przekładanie słuchawki do drugiej ręki i przytrzymywanie ramieniem) Pa! Pa pa! Ja ciebie też." Potem stuka kciukiem na klawiaturze. Od dawna tak! 

       

      - Zaczekaj, kochanie. Mama tylko napisze...

      - ...memememesia - domyślała się, kiedy jeszcze dobrze mówić nie potrafiła. 

       

      Ale w kontakcie z prawdziwym telefonem dziewczynki nie są tak pewne siebie. Wolą skype'a. Sam głos w słuchawce nie budzi ich zaufania. Zwykle to ja usiłuję nauczyć je konwersacji na odległość. Wołam słodkim głosem: "Dziewczynki! Tatuś dzwoni! Chcecie mu coś powiedzieć na dobranoc?". A one uciekają, krzyczą: "Nie!" i zachowują się ze wszechmiar przykro dla swego Tatusia (za którym jeszcze przed chwilą tęskniły). Zwykle to ja robię z siebie wariatkę i rozmawiam tak:

      - To świetnie, to się umówimy w sobo... Siku? No to szybko! Ty też? O matko, kończę!

      - Dobrze, pani Wiesiu, to ja przygotu... Złaź z parapetu, powiedziałam, złaź, bo zlecisz! Tak, przygotuję dru... to jest jej kubeczek, zostaw! Nie wolno!

      - Naprawdę? Tak ci powiedziała? Czy ona jest nienorma... nie szarp jej za włosy! Co? Nie, do Marianny. Co ci zabrała? Nie, nie, do dzieci mówię. Tak bezczelnie ci powiedzia... Ile razy mówię, nie szarp! Nie zabrała ci, tylko wzięła, bo są wspólne. Weź drugiego. Nie, ja do dzieci. Że też miała tupet! No, w szoku jestem, co za małpa. Zostaw, nie szarp, tu masz drugiego słonika!

       

      Teraz dziewczynki są nad morzem, a ja w Warszawie. Dzwonię do Mami i rozumiem, dlaczego moi znajomi nie zawsze chętnie rozmawiają ze mną przez telefon.

      - Jak dziewczynki spały?

      - Dobrze, Helenka się ... Nie! 

      - Co nie?

      - Piasek do piaskownicy, nie przynoś do domku wiaderka!

      - Budziła się?

      - Raz...

      - Raz się obudziła?

      - ...dwa,trzy, trzeba sprzątnąć ten piaseczek.

       

      Od nich samych też uzyskuję fascynujące informacje.

      - Cześć, Helenko, kochanie. Co robicie?

      - Mamo! Wiesz? My jesteśmy na wakacjach!

      - No, wiem. A co robicie teraz?

      - Ja jestem tu.

      - A jadłaś dzisiaj śniadanko?

      - Kaszkę, a wiesz? Ja spędzam czas.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 lipca 2011 09:41

Tagi

Kanał informacyjny

konkurs