Co słychać u dziewczynek?

Wpisy

  • piątek, 28 czerwca 2013
    • weź, nie filozuj - o książkach dla trochę starszych

      Ostatnio z Marianną odbyłam serię rozmów na temat kłamstw. Bardzo ciekawe dyskusje, samą mnie skłoniły nad rozmyślaniem nad sensem pewnych zjawisk i terminów w języku polskim. 

       

      Zaczęło się od pytania:

       

      - Czy jak w radiu mówili, że będzie słońce, a pada deszcz, to znaczy, że w tym radiu kłamali?

       

      (Na marginesie: kiedy byłam bardzo mała, a akurat był stan wojenny i cały czas słyszałam, że wszystko, co złe - np. nie ma wędliny, telefon nie działa - to "przez komunę" ,  żyłam w świętym przekonaniu, że brzydka pogoda jest "przez komunę")

       

       

      Ale zostawmy dygresje - rozmawiałyśmy też o tym, czy jeśli ktoś nie dotrzymał obietnicy, to znaczy, że kłamał, kiedy ją składał? Kiedy tak, a kiedy nie? Czy jeśli ktoś mówi coś, w co wierzy, a co nie jest prawdą, to kłamie?

       

       

      I akurat niezmiernie na czasie okazały się dwie książki:

       

       

      "Szczęście według Niny" i "Prawda według Niny" Oscara Brennifiera.

      Nina

       

       

      Myślę, że książki są odpowiednie dla dzieci 6-10 lat, i to takich, które drążą i lubią sobie zadawać pytania o sens życia raczej niż o działanie sprzęgła. Dla Helenki (4 lata z kawałkiem) -  bardzo nudne (na razie?). Marianna (prawie 6 lat) - właśnie dorasta do takiej lektury.

       

      Są to krótkie historyjki, w formie para-komiksu (bez dymków, ale dużo obrazków z dialogami). Niektóre dylematy Niny są zagmatwane i nie do końca zrozumiałe dla mojej córki, ale wiele historyjek ogromnie się  podobało, na przykład o kłamstwie ze strachu, o przemilczaniu nieprzyjemnej prawdy, o chłopcu, który tyle razy kłamał, że nikt mu nie uwierzył, kiedy potrzebował pomocy. W książkach jest też dużo mitów i klasycznych bajek - na przykład o Syzyfie, o beczce Danaid, o kruku i lisie. Sądzę, że te książki mogłyby być fajnym punktem wyjścia do lekcji etyki w szkole podstawowej.

       

      "Szczęście według Niny' zajmuje się też ważnym u nas problemem osobowości filozofującej i malkontenckiej, której zawsze czegoś do szczęścia brakuje. Porady przeczytane w książce zrobiły dużo większe wrażenie, niż pokrzykiwania matki "Hej, uśmiechnij się! Hej, weź już nie narzekaj! Hej, nie szukaj dziury w całym!" (zwłaszcza że sama matka nie jest najlepszym przykładem).

       

      Podobne książki tego samego autora zostały wydane przez wydawnictwo "Zakamarki" ("Uczucia, co to takiego" i "Życie, co to takiego"). Co ciekawe, w ogóle u nas nie chwyciły, ale nie znudziły, tylko wzbudziły niechęć i irytację ("Nie wiem, o co tu chodzi!!!"). Czekają cierpliwie na półce.

      dzieci filozofują

      Może jeszcze Marianna nie dorosła? Przypuszczam, że przeszkadza brak szczątkowej choćby historii, kontekstu,ciekawego bohatera. W książkach o Ninie widzimy, że Nina wchodzi do kuchni, że się z kimś kłóci, że idzie do zoo, że rozmawia z bratem. W "zakamarkowych" książkach pytania są zadawane tak ot, teoretycznie, wprost do czytelnika, np. "Dlaczego kłócisz się z tymi, których kochasz?", "Czy kłótnia cię uspokaja?". Czyli trzeba odpowiadać na nieraz trudne pytania, nie można po prostu śledzić cudzych problemów. Mnie się te książki podobają, ale radziłabym zacząć od "Niny", gdzie można z pewnym dystansem obserwować jej zmagania z rzeczywistością, identyfikować się z bohaterką albo nie.

       

      Świetną książką, ale już beletrystyczną, o kłamstwach (bo przecież od tego zaczęłam) jest też ostatnio odkryta przez nas pozycja "Gdybym nie pomyliła psów" Ingelin Angerborg.

       

      gdybym

       

      To już poważna powieść dla dzieci starszych. Grupa docelowa - młodsza podstawówka, sześć lat to naprawdę minimum, zwłaszcza że pojawia się też wątek miłości do kolegi ze szkoły. Mariannie jednak bardzo się podoba (a mnie też!) W dodatku jest wątek chęci posiadania psa i alergii na psy, co idealnie pasuje do naszej rodziny. Książka przypomina trochę uwspółcześnioną "Kłamczuchę"  dla młodszych. Głównej bohaterce "samo się kłamie". Trochę dlatego, że ma bujną wyobraźnię, trochę dlatego, że bardzo by chciała mieć w życiu lepiej niż ma, więc oszukuje innych i samą siebie. Jedno kłamstwo zapoczątkowuje drugie, głupio się przyznać i potem Tilda nie może się z tego wyplątać. Intryga wciągająca, a postacie wiarygodne i do rozmów o kłamstwach wprost idealna!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „weź, nie filozuj - o książkach dla trochę starszych”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      piątek, 28 czerwca 2013 11:35
  • środa, 26 czerwca 2013
  • poniedziałek, 17 czerwca 2013
    • lektury stare

      Im dziewczynki są starsze, tym więcej miejsca w naszych lekturach zajmują książki stare, książki z mojego dzieciństwa, klasyczne powieści dziecięce. Muszę powiedzieć, że jest to dla mnie spore zaskoczenie, kiedy wracam do czegoś po dwudziestu paru latach. Zdarzają się zaskoczenia w obie strony. O tym, że Astrid Lindgren jest absolutnie genialna i fenomenalna i jej książki nie zestarzały się ani trochę, to chyba nawet nie muszę pisać. Moje córki bardzo kochają też wszystkie audiobooki z jej powieściami, nagrane przez Jungowską (ostatnio wydano "Lottę z ulicy Awanturników" i "Emila ze Smalandii" - obie super, jedną rekomenduję dla dzieci 3+, a drugą 4+). Nie mogę się doczekać, aż dorosną do kategorii "książek dla starszych" Astrid Lindgren, takich jak "Ronja" i "Bracia Lwie Serce".

       

      Ostatnio bardzo sympatyczną niespodzianką okazała się "Karolcia", którą w dzieciństwie owszem, lubiłam, ale bez wielkich uniesień. W ogóle teraz doceniam bardzo Marię Krüger, np. jej "Apolejka i jej osiołek" też cieszy sie u nas bardzo wielkim uznaniem. "Karolcia" - mimo harcerskiego klimatu "bądźmy koleżeńscy" i mimo czasem niezrozumiałych słów - czyta się świetnie .(Niektóre słowa szybko sie starzeją. "Mamo, a co to jest: draka?" Tłumaczę, tłumaczę, a dziewczyny: "Aaa, czyli: afera"? Sama zachodzę też w głowę, co to jest za zabawka "budownictwo". Może ktoś wie? Pojawia się w kilku książkach. Najpierw sądziłam, że to może błąd tłumacza, bo natknęłam się na to w "Karlssonie z dachu", ale Karolcia też bawi się budownictwem).  Nieco irytująca (dla dorosłych) może być pewna pereelowska propaganda rozkoszy mieszkania w blokach, oraz cudów oferowanych przez Domy Towarowe (w Karolci dom towarowy jako żywo przypomina wielkie centrum handlowe w stylu Arkadii, dlatego dziewczynki łyknęły go bez mrugnięcia oka, tylko mnie coś zgrzytało, bo jako żywo nie pamiętam takich sklepów). Poza tym jednak zaczarowany koralik i zaczarowana kredka są świetne, reakcje i emocje Karolci i Piotrka - widocznie bardzo prawdziwe, bo moje córki były wprost zachwycone i bardzo żałują, że nie ma trzeciej części "Karolci".

       

      Ogromnym rozczarowaniem za to okazała się moja ukochana "Mary Poppins". Czytałyśmy miesiącami, na raty, aż zmogłyśmy wszystkie pięć tomów. Dziewczynkom się podobało, ale mnie włosy stawały dęba, szczególnie przy pierwszych częściach (kolejne powstawały nawet kilkadziesiąt lat po sobie i są ciut bardziej poprawne politycznie). Ja wiem, to drobiazgi i liczy się baśniowy świat fantazji, ale czy pamiętacie, jak jest traktowana służba u państwa Banks? Maciuś ma chore serce, ale śpi w schowku na miotły, a wszyscy na niego krzyczą, straszą, że wyrzucą go na bruk i wyśmiewają się, że się wolno rusza. Dzieci zjawiają sie na świecie zupełnie nie wiadomo jak, chyba przyniesione w walizeczce doktora, rodzeństwo nic o tym nie wie wcześniej, a ojciec na wieść o nowym dziecku pomstuje, że będzie musiał na nie pracować i że żałuje, że się ożenił (nie jest to pozbawiony psychologcznej prawdy opis, ale w książce dla dzieci?). Na szczęście można go udobruchać obiadem, a poza tym to są wszystko niewinne żarciki, hehe. Poza tym same te czarodziejskie przygody są albo żałośnie nudne (ile razy można się bawić we fruwanie pod sufitem, fruwanie na baloniku, fruwanie na laseczce z cukru, za każdym razem przez 30 stron?), albo umoralniające aż strach (dzieci, które życzą sobie, żeby znaleźć się daleko od domu zostają odesłane na ciężkie roboty), albo jeszcze co gorsza ckliwe i sentymentalne. No i sama Mary, która cały czas w sumie okłamuje dzieci, strofuje, grozi, straszy, jeśli chcą powiedzieć prawdę o magicznych przygodach  - zupełnie nie jest taka jak ją zapamiętałam. Moje córki uwielbiają się bawić, że ja jestem Mary Poppins, a wtedy mogę dać upust emocjom i fukać na nie "jeśli natychmiast, ale to natychmiast..."

       

      Powroty do lektur własnego dzieciństwa naprawdę nie zawsze są sielskie anielskie i nie przenoszą mnie za każdym razem do znajomego, dawnego świata. Czasem naprawdę zatrzymuję się i pytam: Ratunku, co ja tu robię?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „lektury stare”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 czerwca 2013 07:25
  • niedziela, 16 czerwca 2013
    • sezon na występy

       

      Jest taka książka "Pamiętnik rodzica Suzuki, albo jak przetrwałam pierwszych dziesięć tysięcy 'Kurek'".

      suzuki parent

      Tak, to wygląda mniej więcej, niezależnie od szerokości geograficznej. Dzisiaj troszeczkę się poryczałam, bo Marianna wzięła udział w koncercie Dzieci Suzuki w studiu S1 i zagrała z ponad setką dzieciaków. Między innymi słynne "Twinkles", po polsku zwane "Kurkami". Proszę, przetrwałyśmy obie.

       

       

      Zagrała poza tym jeszcze trzy utworki. Powinna czuć się zaszczycona, że miała okazje grać na jednej scenie z Antkiem Ingielewiczem - słuchajcie, ten chłopiec to geniusz, jeszcze o nim usłyszycie, nawet wcale się nie interesując. Nie tylko geniusz, też strasznie sympatyczny i wyluzowany dwunastolatek. Przyznaję, że po roku i przetrwaniu dziesięciu tysięcy kurek jestem większa fanką metody Suzuki niż wcześniej, a dzisiaj dodatkowo zobaczyłam, że naprawdę bardzo dużo dzieci w Polsce się tak uczy, nie tylko na skrzypcach, i że rzeczywiście fajnie po paru latach grają.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „sezon na występy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 czerwca 2013 21:16
  • czwartek, 06 czerwca 2013
  • wtorek, 04 czerwca 2013
    • szekspirek

      - Dziewczynki, a jakie książeczki lubicie czytać? - pyta sympatyczna ciocia dziewczynek, zapewne (i słusznie) spodziewając się odpowiedzi w zakresie Kubusia Puchatka i Dzieci z Bullerbyn.

      - Ostatnio to Szekspira - mówi z powagą Marianna.

      - Szekspirka, Szekspirka - podskakuje z podnieceniem Helenka.

      - O - ciocię wyraźnie zatkało. - Ale jak to?

      - Ja lubię "Sen nocy letniej".

      - A ja "Romea i Julię".

      - A "Burzę" też czytałyście? - pyta z powątpiewaniem ciocia.

      - Tak. Lubię. Bo to komedia jest, a nie taka tragedia jak "Romeo i Julia", co oni umieraja i jeszcze Tybalt., Ale "Hamletu" i "Makbetu" nie czytamy. Za dużo trupów na obrazkach widziałam.

       

      A te wszystkie cuda i dziwy z powodu książki, której sama bym nigdy nie kupiła, a w dodatku której nie wróżyłam sukcesu. Wydawnictwo Oleksiejuk, idące raczej w ilość niż w jakość popełniło takie dzieło:

       

      opowiadania

      "Opowiadania dla dzieci według Szekspira" to przedziwna książka. Są to streszczenia sztuk, dość szczegółowe, w treści przypominają jako żywo bryki szkolne.  Bardzo zawiłe i bez żadnych ciekawych elementów. Myślałam, że książka otrzymana w podarunku pójdzie się kurzyć na półce. Jednak do tego są rysunki, szczególnie pań w długich sukniach. Przed każdym opowiadaniem jest wyrysowana galeria postaci

      - Jestem nią!

      - Jestem nią! - wołają moje córki na widok księżniczek i elfów. - Ja! Ja jestem Tytanią/Julią/Olivią!

       

      Nie wiem, co je tak urzekło, może geniusz Szekspira do ich serc przemówił, ale po prostu zwariowały i od rana zabawiają sie w odgrywanie snu nocy letniej z ogromnym zapałem, wołając "Szekspirek, Szekspirek".

       

      Nie wiem, czy mogę tę pozycję polecić, bo moim zdaniem jest to potworek literacki, ale z całą pewnością Marianna i Helena polecają.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „szekspirek”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 czerwca 2013 22:18
  • poniedziałek, 03 czerwca 2013
    • grzeczną dziewczynką być

      Wygrałam bilety na "Pinokia" do Teatru Polskiego. Wygrałam to za dużo powiedziane. Dałąm się wylosować. Czyli w zasadzie dostałam w podarunku, a darowanemu koniowi... Dobra, zajrzę tylko tak trochę, z sympatią, zauważając głównie plusy.

       

       Plus - przedstawienie jest przepiękne (pod względem estetyki). Pomysły inscenizacyjne, dekoracje, stroje, aranżacje - miodzio. Sprytna scena ze struganiem pajacyka, bitwa na poduszki (aktorzy rzucają, dzieci z widowni odrzucają), smutny marsz osiołków w pasiakach w kierunku przeciwnym do obracającej się sceny, postacie wyskakujące spod ziemi i spadające z nieba, cyrk z przecinaniem tancerki, upiorne czarne króliczki wypełzające spod łóżka, symbolizujące śmierć. Naprawdę, cudo, cudo plus.

       

      pinokio

      Sztuka jest bardzo wierna książce. O ile to jest plus, bo nie ominięto chyba żadnej sceny, wskutek czego przedstawienie trwa 2 godziny 40 minut, a można na pewno bez trudu skrócić do 2 godzin. 

       

      No i tak się zastanawiam, czy "Pinokio" jest aktualną książką dla dzieci. Trochę tak, na pewno. Archetypiczny wątek stwarzania żywej istoty, która potem buntuje się przeciwko swojemu twórcy - zawsze ciekawy. W epoce Amber Gold i wszechobecnych plakatów "100 zł masz za darmo" warto też dzieciom czytać o tym, że talary nie rosną na drzewach i że nie można z szemranym towarzychem jechać do Krainy Zabawek. Ale poza tym można było jakoś pogłębić i zinterpretować Pinokia. W końcu jest on rozdarty między chęcią sprostania oczekiwaniom ojca a potrzebą rozrywki - a to jest temat bardzo aktualny. Niestety, tutaj reżyser poszedł w ścisłe trzymanie się Collodiego i na pierwszy plan wysuwa się przesłanie "trzeba chodzić do szkoły, słuchac starszych, nie eksperymentować i być grzecznym chłopcem, grzecznym chłopcem, grzecznym chłopcem". Lekko niestrawne.

       

      Tak o tym gadali i śpiewali, że w końcu Marianna szepnęła:

       

      - Mamo! A co oni tak ciągle, że chłopcy muszą być grzeczni? A co z dziewczynkami?

       

      Poczym sama sobie odpowiedziała:

      - A, może dziewczynki nie muszą.

       

      Właśnie, przy okazji polecam bardzo ostatnią szansę zobaczenia "Pippi Pończoszanki" w Teatrze Dramatycznym. Jest bardzo zabawnie, nienudno, a dzieci wcale nie muszą słuchać dorosłych ani chodzić do szkoły.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „grzeczną dziewczynką być”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 czerwca 2013 21:08
  • sobota, 01 czerwca 2013
    • przodkowie

      Razem z moją mamą wdrażamy dziewczynki w zawiłości naszego drzewa genealogicznego. Grzecznie słuchają na temat prababki i jej sióstr, a także na temat ich małżeństw.

       

      Nagle rozmowę przerywa telefon.

       

      HELENA (niby uprzejmie, a jednak z przekąsem): O, to pewnie pradziadek Stanisław Pierwszy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      sobota, 01 czerwca 2013 21:44

Tagi

Kanał informacyjny

konkurs