Co słychać u dziewczynek?

Wpisy

  • poniedziałek, 30 maja 2011
    • przytulanki

      Marianka od maleńkości miała swoje ukochane przytulanki. Najpierw osiołka, potem lalkę Józię, teraz (od ponad roku) misia Eryka. Wiadomo było, że trzeba tych skarbów pilnować. Czasem wieczorem wybucha panika "Szukamy Eryka". Dwoje dorosłych ludzi biega bezładnie po domu, przewraca wszystko do góry nogami, Marianna płacze: "Nie zasnę bez Eryka nigdy", a próby ułagodzenia "Zaraz kochanie znajdziemy" przeplatają się z wybuchami wściekłości "Skąd ja mam wiedzieć, gdzie się tym swoim miśkiem bawiłaś? Dlaczego go nie pilnujesz" 

       

      Szukanie Eryka ma swoje miejsce w grafiku wieczornych zajęć i jest traktowane przez nas z całkowitą powagą.

      - Ty im daj lekarstwa i umyj je, a ja poszukam Eryka.

      - Świetnie - zgadzam się na sprawiedliwy podział ról.

      - Sprawdź w naszym łóżku - podpowiadam (w naszym łóżku można znaleźć naprawdę ciekawe rzeczy).

       

      Myślałam, że tak silne przywiązanie do jednej rzeczy stanowi problem. Nic bardziej mylnego. Helena dla odmiany nie przywiązała się szczególnie do żadnej zabawki. Każdą ukochaną zdradza następnego dnia. Wieczory wyglądają tak. Sprzątamy. 

      - Helenka, odłóż pieska do wózka.

      - Nie, ja z nim śpię.

      - Aha. Ale odłóż lalkę Lilkę do wózka.

      - Nie, ja z nią śpię - uśmiecha się Helena i pakuje kolejną zabawkę do łóżka.

      W łóżku po chwili leży kilka piesków, dinozaur, dwa miśki, lalka Lilka, mała małpka i inne badziewie. Gdy zgaśnie światło, Helena momentalnie wyrzuca wszystkie zgromadzone zabawki i beczy.

      - Chcę spać z Tomciem Paluchem.

      lub też:

      - Dzisiaj śpię z Owcą Góralem! Mamo, przynieś mi Owcę Górala!

       

      Zawsze jest to zabawka, której akurat nie ma. Brodzę więc w stosach wywalonych z łóżka zabawek i proponuję z wymuszoną słodyczą: "Ojej, zobacz, laleczka Anitka chce z tobą spać" Anitka ląduje na dywanie "Z Owcą Góralem!". "Helenko, to ja, lala dzidziuś, przytul mnie" - zagaduję niezdarnie. W tym czasie Tomek przekopuje pudła z zabawkami i wypytuje mnie o różnice między Owcą Góralem a Owcą Starym Baranem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 maja 2011 22:48
  • niedziela, 29 maja 2011
    • o zachowaniu się przy stole, na parkiecie i w kościele

      Dobrze znana jest prawidłowość, że małe dziecko rozchorowuje się najczęściej... nie, nie po kąpieli w fontannie, bieganiu bez czapki, długich spacerach na mrozie. Nie. Dziecko rozchorowuje się dzień przed szczepieniem, dawno zaplanowanym wyjściem, spotkaniem z dawno niewidzianymi znajomymi spod znaku "a ta kolejny raz nie przyszła, bo niby znów dzieci jej zachorowały, one chyba złośliwie tak chorują w czasie każdej imprezy". (W pełni się zresztą zgadzam, jest to z ich strony czysta złośliwość).

       

      Nie powinnam się zatem dziwić, że jeśli na piątek mieliśmy umówione szczepienie i bilans dwulatka, a na sobotę wesele Oli, to w czwartek Helenka rozłożyła się na dobre. I nawet wezwanie Doktorka, którego sama obecność powoduje zwykle ozdrowienie (stówa za odwrócenie klątwy) nie podziałało.

       

      No, ale żeby nie iść na wesele Oli, to Helena musiałaby w szpitalu wylądować chyba. Poszliśmy wszyscy. Sypanie kwiatków, przećwiczone i obgadane, poszło wspaniale.

       

      HERE COMES THE BRIDE

      w kościeleNie mogę sobie jednak darować, że nie obgadałam z dziewczynkami szczegółowo tematu "jak należy zachowywać się w kościele". Małe poganki (pierwszy raz na mszy), po dojściu do ołtarza, wylądowały w pierwszej ławce i stamtąd wygłaszały głośno następujące komentarze: "O! Ten przebrany mówi o Jezusie" "Mamo! Patrz! Jezus prowadzi swoje barany" (w kościele wymalowany był dobry pasterz z owieczkami). W trakcie komunii Helena charczała i kaszlała, jakby szatan przez nią przemawiał i puszczała głośne bąki. Przy każdym zapdnięciu ciszy, Marianna oznajmiała: "Teraz już koniec". Spodobało jej się natomiast klękanie, więc część mszy spędziła na klęczkach (także: chodząc na klęczkach). Stanowczo za mało ruchu. Po uroczystości na szczęście natychmiast mogła to nadrobić.

      w locie

       

      Na weselu największym zaskoczeniem była dla mnie Marianna. Jeśli kiedykolwiek pisałam, że jest nieśmiała czy nadwrażliwa na tłok i głośną muzykę, to odwołuję. Była po prostu wspaniała. Wystąpiła w roli głównej tancerki, szalała na parkiecie, skakała, klaskała, nie dała mi zatańczyć z mężem, bo był on jej głównym partnerem ("bo fajnie się tańczy z chłopakiem, mamo"), prosiła wszystkich do tańca, pląsała w wężu i błagała, żebyśmy zostali "aż do rana", śpiewała na całe gardło "gorzka wódka" i wznosiła toast sokiem jabłkowym w kielszeczku.

      toast

       

      Niestety, Helenka już po godzinie nadawała się tylko do łóżeczka, więc odjechaliśmy jeszcze zanim zrobiło się ciemno. Wróżę obu córom karierę niezłych imprezowiczek.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „o zachowaniu się przy stole, na parkiecie i w kościele”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 maja 2011 13:36
    • ślub lub ub... i inne ręczne robótki

       

      Chciałam dziś pochwalić się naszymi dokonaniami rękodzielniczymi.

      Oto przygotowywana godzinami, wspólną pracą karta dla Oli. Powstawała wśród moich krzyków "Aaa! Nie wolno mazać flamastrem, trzeba teraz coś tu nakleić!" "Ratunku! Nie rysuj klejem!" "Pomocy! NIe wolno obrywać!" (Wszyscy napotkaliśmy trudności, mnie na przykład przerosło równe przedziurkowanie czterech tekturek, ale końcowy efekt jest imponujący, prawda?

       

      ŚLUB (praca wspólna, grymas na twarzy Pana Młodego to uśmiech "tylko trochę nie wyszedł, ale to nie szkodzi", proszę nie doszukiwać się żadnych podtekstów, koła też nie miały być przebite czy krzywe)

      ślub

       

      LUB (tekst : ja, naklejanki: dziewczynki)

      lub

       

      UB (wyklejanka w całości samodzielnie wykonana przez Helenkę, która kilka razy dostarczała rysunek do wklejenia, ale żadna praca nie spełniła wymogów Matki Tygrysicy, określonych jako "coś uroczo niezdarnego, co Ola i Rafał z przyjemnością będą oglądać za parę lat"; tendencja artystki do mazania abstrakcji długopisem, a następnie klejem w sztyfcie nie spotkała się ze zrozumieniem )

      ub

       

      B (rysunek Marianny pt. Same miłe rzeczy)

      B

       

      Składam publiczne podziękowania Joli za materiały i otwarcie przede mną scrapbookingowego świata!

       

      Dziękuję też Ani za inspirację (nie mogę znaleźć skąd ten pomysł, bo ściągnięty)- wykonałyśmy też ostatnio z balonika i podstawki pod świeczuszkę tea light super dizajnerski i praktyczny wazonik. Teraz w naszym domu maleńkie stokrotki przynoszone "dla mamusi" z każdego spaceru już nie muszą smętnie pływać w kieliszku na wódkę!

      stokroteczka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „ślub lub ub... i inne ręczne robótki”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 maja 2011 08:48
  • piątek, 27 maja 2011
    • z trójką

      Przeżywamy ostatnio okres licznych wizyt i rewizyt u kolegów i koleżanek Marianki. Jestem w związku z tym zmuszona do spędzania całych godzin w towarzystwie dziwnych rodziców i wysłuchiwać ich dziwnych opinii typu "staramy się nie wychodzić z dzieckiem z domu przed 16 z powodu słońca", "staramy się, żeby synek nie bawił się lalkami" (w tle Marianna, Helena i tenże synek biegają z karabinami), "nie rozumiem, dlaczego nikt mi nie wyjaśnił, dlaczego trzyletni synek na przedstawieniu nic nie mówił, chociaż znał te wierszyki". Siedzę, jem ciasteczka, mówię mmm i grzecznie się uśmiecham - nie mogę przecież dopuścić, żeby Marianna nie była mile widzianym gościem. Marzę, żeby te dzieci mogły się spotykać i bawić  bez swoich rodzicieli.

       

      I oto dzisiaj koleżanka zaproponowała, że podrzuci mi czterolatka do domu, bo nie ma się kto nim zająć. Przypomniałam sobie zeszłoroczne wakacje z trójką dzieci w wieku 3, 1,5 i 1,5, których dwie osoby nie dawały rady ogarnąć. No, ale to co innego niż 4, prawie 4 i 2. Podjęłam wyzwanie. Było lajtowo, nawet maile zdążyłam sprawdzić. Rozegraliśmy radosną partyjkę Lotti Karotti (wygrałam!). Jedyne konflikty ujawniły się na linii frontu damskiego i męskiego.

      IGNACY (gromko i chłopakowato): Bawimy się w jaskiniowców! Polujemy na mamuty!

      MARIANNA (płaczliwie i dziewczyńsko): O nie! Oswoimy te mamuty i one będą się z nami przyjaźnić!

       

      IGNACY (psotnie i chłopacko): Zrzucamy ślimaki.

      JA (rzeczowo): Nie zrzucajcie, bo im pękną skorupki.

      MARIANNA (płaczliwie i dziewczęco): Czy znajdzie się taki bardzo, bardzo dobry człowiek, który je wyleczy?

       

      Normalnie Muminek i panna Migotka!

       

      Przeczekaliśmy ulewę i wyszliśmy na Cytadelę. Czterolatki licytowały się swoją wiedzą historyczną.

       

      - Tu byli Rosjanie. I mieli tam więzienie.

      - Wszystkich wsadzali do paki.

      - I złodziejów! I niedobrych ludzi !

      - I wtedy nie było nawet czołgów.

      - Ale tędy strzelali!

      - Na przykład do wrogów!

       

      Wspaniale się czułam z taką trójką, wszyscy patrzyli na mnie na ulicy z przerażeniem i podziwem.

      na murku

      A potem zdarzyła się magiczna chwila - zatrzymał się koło nas dorożkarz (pierwszy raz widziałam dorożkę na Cytadeli) i zaproponował że nas kawałek podwiezie. (Zdjęcie pod słońce, ale byłam w szoku i nie myślałam)

      bryczka

      Ignaś oczywiście myśli, że  jesteśmy księżniczkami, które codziennie tak podróżują. Pomyślałam przez chwilę, że tak fajnie  mieć trójkę, na pewno wtedy życie składa się z samych magicznych momentów. Ale potem popatrzyłam na histeryczne ataki zazdrości w wykonaniu Helenki (tak nieprzystające do jej ogólnego rozwoju jak brak ostatnich zębów) i już mi przeszło.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      piątek, 27 maja 2011 21:16
  • środa, 25 maja 2011
    • nowy sport

      Od miesiąca uprawiam nowy sport. Bardzo fajny, kondycję wyjątkowo poprawia. Najbardziej zbliżony wydaje się do biegu z psimi zaprzęgami. Trzeba szybko biec, ze zgiętymi plecami, pohukując i poganiając.

       

      Bywa ciężko, ale tak hoduje się sportsmenki.

       rowerzystki

       

      Spójrzcie, proszę, na ich dumne miny! Zauważcie, proszę, że wyjątkowo mają na głowach kaski!

       

      Podjęłam nową próbę dostosowania się do norm unijnych, zwłaszcza, że w zastępstwie samochodu zamierzam wozic je niebawem przyczepką rowerową.

      Do tej pory niechęć dziewczynek do noszenia kasku dziwnie zbiegała się z moją. (Ciekawa jestem, czy istnieje jeszcze na świecie druga mama, która nie lubi tych kasków, czy zostałam ostatnim okazem zacofania? Czy wszyscy inni są tacy poprawni? Na swoją obronę mogę tylko przytoczyć obserwacje z Holandii - królestwa rowerów, gdzie widziałam  tłumy dzieciaków na rowerach, w przyczepkach z tyłu, z przodu, w fotelikach rowerowych wszelkiej maści, w koszykach, na każdego rodzaju rowerku i prawie żadne  nie nosiło kasku. Ależ się tam dobrze czułam!)

       

      No nic, przyznaję się tu do błędów i wypaczeń, do tego że niewątpliwie przypominam Korwina Mikke walczącego o prawo do jazdy bez pasów bezpieczeństwa. Przyznaję się, gdyż wracam na ścieżkę rozsądku. Moje córeczki nie pozwolą mi z niej zejść, tak silnie zmotywowane są do noszenia nowych, różowych kasków we wróżki.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      środa, 25 maja 2011 22:09
    • jak dwulatka dwie baby zaszokowała

      Otwieram szafkę. Wypada z niej kubek, który następnie się tłucze. Wydaję krótki przestraszony pisk, a zza pleców słyszę diaboliczny głos Heleny: Zzzła matka!

       

      - Co?!

      - Zzzzła matka!

       

      Helena przyzwyczaiła mnie do swoich rozmaitych tekstów, ale żeby aż tak?

       

      - Gdzie ona to usłyszała? - pytam bezradnie Oli.

      - To Ola tak mówi - ciągnie Helena zadowolona. Jest zachwycona gdy widzi zmieszaną i przerażoną niesłusznym oskarżeniem twarz - To ty, Olu tak mówisz!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      środa, 25 maja 2011 21:28
  • wtorek, 24 maja 2011
    • słoneczne, śmierdzące jajo

      Chyba mogę rozpocząć nową szkołę recenzowania książek dziecięcych - pod kątem ich związków z alergią. "Alerglit" brzmi nieźle?

       

      Otóż Marianna dostała od mojej Mami prześliczną książkę "Słoneczne jajo"

       

      słoneczne jajo

       

      Wydaniu książki towarzyszyły doniesienia, że Konopnicka, pisząc "Na jagody", coś ściągnęła, chyba ilustracje (?). Nie obchodzą mnie te plotki. Ważne, że książka jest przeurocza i w odróżnieniu od "Na jagody" pełnych sajet i bisioru, i stania w drabkach na rozworze, wcale nie trąci myszką. Przeciwnie, świeża jest i pełna uroku. Cudne, klasyczne ilustracje i zgrabna historia o córce elfów, która myślała, że zgubiona w lesie pomarańcza jest jajkiem słońca, które wypadło z gniazda. Córka elfów leci potem z wędrowymi ptakami do ciepłych krajów i spija sok z pysznych owoców.

       

      Uroczo i super! Tylko ta historia! Tak okropnie nietrafiona dla Marianki, której nie wolno próbować cytrusów! Identyczna sytuacja jest na przykład z wierszykiem "Zapach czekolady" Wawiłow. W ogóle ta alergia wprowadza jakąś wstrętną cenzurę!

       

      Za to Marianna może już pić zwykłe mleko i okropnie sie z tego cieszy. Zachowuje optymizm i sama mówi, że z pomarańczami będzie tak jak z mlekiem. Ale i tak przykro mi się to czyta.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 maja 2011 12:22
  • poniedziałek, 23 maja 2011
    • najlepszy urodzinowy czas

      Z moich doświadczeń wynika, że najlepiej rodzić dzieci w marcu. Kiedy zaczynasz wychodzić - możesz coraz dłużej siedzieć na dworze, a latem dziecko już podchowane, może jechać na wakacje. Jednak teraz widzę, że maj też ma swoje nieodparte zalety - można organizować urodzin w plenerze!

       

      W sobotę wybrałyśmy się na Pola Mokotowskie. "Idźcie od Rostafińskich w stronę stawu, a na pewno zobaczycie nasz piknik" - napisano w zaproszeniu. Idziemy, idziemy, patrzymy, rozglądamy się, a tu namioty, scena, tysiące ludzi.

       

      - Mamo, czy to goście Ignasia?

       

      Musiałam przełknąć poczucie winy, że nie stawiłyśmy się na Masie na Autyzm, ale wiadomo - prawdziwi piraci nie kierują się zasadami moralnymi.

      piraci

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 maja 2011 21:05
  • niedziela, 22 maja 2011
    • pedagogicznie i antypedagogicznie

      Helena aż do dnia narodzin wymiennie nazywana była Anielą. Kiedy ją jednak zobaczyliśmy, wiedzieliśmy, że to HELLena z piekła rodem. Dzisiaj jednak przeczytałam, że nie wszystkie Anielki są złotowłose i dobrotliwe. 

       

      o anielce

      Alona Frankel, przy okazji książeczki "Nocnik nad nocnikami" wspaniale wpłynęła na Helenkę. Może i tym razem do niej przemówi? Helenka ostatnio z lubością rzuca się na chodniki, ucieka, kiedy wołam "Stój", a kiedy odwołuję się do sumienia: "Chodź, proszę, mam taką ciężką torbę z zakupami, chcę już zanieść ją szybko do domu", rozsiada się na ziemi i mówi z zadowoleniem "Ja teraz będę tu mieszkać". Wykrzykuje też "Mama jest okjopna! Mama jest obrzydliwa! Nie lubię mamy". Przyznam, że kiedyś w przypływie niemocy zagroziłam jej "Powinnaś dostać klapsa w tyłek" (groźba ta zresztą nie została spełniona, ale wybaczyłabym sobie i to). Od tej pory mam jak w banku, że jeśli zbierze się odpowiednio duża publika na ulicy, każdej scenie towarzyszy też zawodzenie "Ja nie chcę klapsa w tyłek". Spodziewam się nalotu opieki. Znoszę te zawodzenia w pokorze, w końcu wiem, że to moja wina.

       

      Drugie dziecko to jednak nie to samo, co pierwsze. Drugie to sama rozkosz. Przy pierworodnej takie sceny wywoływały  atak paniki "tracę kontrolę, tracę kontrolę, muszę być mądra, muszę zachować się konsekwentnie". Miałam też niemowlę, które kazało mi patrzeć na dwulatkę jak na osobę nieomal dorosłą oraz fizycznie utrudniało mi noszenie starszej córeczki. Teraz nierzadko z rozczuleniem patrzę na zasmarkane, brudne, kopiące nogami, rozciagnięte na chodniku dziecko, które "Nie chce iść do domu!!!" albo "Chce jeszcze na huśtawkę!!!". Wydaje mi się takie rozkoszne i uroczo bezradne, że biorę je do kompletu z tymi ciężkimi zakupami i niosę do domu (wózek zepsuł się w marcu i jakoś nie mam motywacji, żeby go naprawić).

       

      Gdyby jednak udało się złamać ten charakterek i wychować grzeczną dziewczynkę, co ma czyste rączki, zawsze uśmiechniętą buzię, różowe paluszki, nienaganne zeszyty, ładnie się zgłasza i jest słoneczkiem i skarbuńciem i w ogóle jakby jej nie było, na pomoc rusza "Grzeczna".

       

      grzeczna

      Muszę powiedzieć, że książka jest hardkorowa. Obawiałam się, że Marianna przestraszy się ilustracji, ale nie. Podobało jej się bardzo! Taka Pippi tylko na poważnie, wszystko podane bardziej dosłownie. Niektóre obrazki i sformułowania ("Lusia jest więźniem uśmiechu") zbyt dosłownie. Jednak z przesłaniem się zgadzam.

       

      Odbyłyśmy z Marianką długą rozmowę.Wybrałam świetny przykład - Zazulkę z "Kozuchy Kłamczuchy", mojej ukochanej bajeczki z dzieciństwa, którą dziewczyny również kochają (nawet Helena odpowiednim głosem deklamuje: "Jestem koza niezabita. Mam żelazne rogi, żelazne kopyta."). Dopiero teraz, po latach zauważyłam jak się zachowuje ta Zazulka. Oskarżana o głodzenie kózki, karana brakiem kolacji, wreszcie wygnana ze służby nic a nic się nie broni, tylko grzecznie "Dobrze, pani gospodyni, dobranoc, pani gospodyni". Wygłosiłam płomienną przemowę feministyczną, jak to każdy i każda musi być grzeczny dla innych, ale też myśleć o sobie i nie bać się mówić i bronić własnego zdania.

      Hmmm. Rodzice najlepszego przyjaciela Marianki, nasi sąsiedzi, nie omijają żadnej okazji, żeby powiedzieć "dziewczynki nie bawią się w ten sposób", "nie popychaj, bo to dziewczynka", "ty kieruj bo, chłopak jesteś", "Co? Marianka ma lego z dinozaurami?". Marianna jest teraz do nich zaproszona i ciekawam, czy powie coś na te ich rewelacje. Mam nadzieję, że nie będzie siedzieć cichutko i grzeczniutko.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 maja 2011 20:44
    • aaaaa sprzedam!

      Miałam taką wizję: ja sprzedaję samochód, a pełne uroku, śliczne małe dziewczynki mówia "to nasz samochód, to nasz saabik". I wtedy kupujący nie waży się negocjować.

       

      Tymczasem doszło do tego, że dziewczynki musiały jechać ze mną i kupującym na próbną przejażdżkę.

       

      - O! Mamochód działa - stwierdziła Helena - Bo wczoraj on nie działał. Nie działał mamochód.

      - W warsztacie wczoraj był - wywleka Marianna rodzinne brudy (i wcale nie kłamie!).

       

      Usmiecham się nerwowo i staram się je zagłuszyć. Liczę, że Kupujący nie zrozumie tego wywodu, zwłąszcza fragmentów w wykonaniu dwulatki.

       

      - Wzięłam swoją torebkę. Mam tam  pieniążki. - mówi bardzo wyraźnie Marianna (i po co ja z nią do tego logopedy latam?)- Dużo mam pieniążków, a mama mało. I mama musi sprzedać swój samochód.

       

      Potencjalny Klient rozsiada się na fotelu i przesuwa go do tyłu, nieuchronnie zmniejszając dziewczynkom pole machania nogami.

      - Ten pan jest za gruby!

      - Mamo, dlaczego ten pan ma taki gruby brzuch?

       

      Rezygnuję z sykania i uciszania.

       

      Pan kupił samochód!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „aaaaa sprzedam!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 maja 2011 00:08

Tagi

Kanał informacyjny

konkurs