Co słychać u dziewczynek?

Wpisy

  • niedziela, 31 marca 2013
    • w marcu bywa tak

      "Kiedy idę, do przedszkola słonko topi śnieg na polach, budzi kwiaty, budzi drzewa, a skowronek w górze śpiewa"? Nie nadaje się. "Już ozimina szumieć zaczyna, że nie powróci mróz"? Nie nadaje się."Czym powitać cię, wiosenko, gdy zielona wracasz znów"? Nie, nie. "Wiosna rano z łóżka wstała. 'Halo, kwiatki' - zawołała". Wszystko na nic.

       

      Szukałam i szukałam, i jednak znalazłam odpowiednią piosenkę.

       

      Zimny marzec, mroźny marzec

      nie jest dobrym gospodarzem.

      Sieje w polu  biały grad,

      kto go będzie jadł?

      Ćwierka wróbel w oziminie:

      Kiedy wreszcie zima minie?

      Bo ten marzec chodzi

      po śniegu, po lodzie,

      w marcu bywa tak.

       

      Żeby dzieci (i ja też) nabrały poczucia, że tak to bywa, że to jest sytuacja, która się zdarzała i choć przykra i niedogodna, nie jest nadzwyczajna.

       

      Tylko teraz znowu szukam, ale o kwietniu nie znalazłam nic.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „w marcu bywa tak”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 31 marca 2013 21:58
    • święta

      Świąteczne dni w naszym domu najłatwiej poznać po tym, że dzieci wstają bladym świtem.

       

      Podczas urodzin Helenki (bagatela, o 5:40 okrzyki "Chcę już odpakować prezenty!"), pomimo wzruszenie rocznicą narodzin córki, nie mogłam powstrzymać się od fukania i dzikiej irytacji. Powzięłam też postanowienie, że będę brała przykład z literatury szwedzkiej. W dniu urodzin nie będzie wolno nawet oczu otworzyć, dopóki cała rodzina nie zjawi się z tacą ze śniadaniem przy łóżku! A nie zjawi się tam przed dziewiątą, o nie.

       

      Dzisiaj (bagatela, 6:30 nowego czasu, 5:30 starego czasu) rozległy się wesołe krzyki, towarzyszące odnalezieniu czekoladek od zajączka. (Tu mała dygresja. Zajączek wielkanocny nie jest u nas jakąś celebrowaną postacią. Szczerze mówiąc, byłam pewna, że dziewczyny absolutnie w niego nie wierzą. Ale dzisiaj Marianna z przebiegłą, umorusaną czekoladą buzią oznajmiła triumfalnie: "Mamo, a ja wiem, że to nie zajączek przyniósł nam czekoladę. To od baby! (babą nazywana jest babcia dziewczynek)". I co miałam powiedzieć? "Nie, niewdzięczny bachorze, to od rodziców?" Wysyczałam tylko "Od zajączka"). Tak, tak, trzeba koniecznie przejść do wariantu "Zajączek przychodzi w Wielką Sobotę.

       

      A jutro? Czy są jakieś wątpliwości, że zostanę obudzona co najmniej odgłosami lanego poniedziałku, jeśli nie chlupsem wody na głowę przed godziną szóstą? Wesołych Świąt!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 31 marca 2013 20:48
    • urodziny

      Mój brat i ja obchodzimy urodziny w jednym miesiącu i jako dzieci nieraz organizowano nam wspólne urodziny za jednym zamachem. Kiedy skończyłam osiem lat, uznałam, że jest to wielka niesprawiedliwość i zażądałam stanowczo rozdzielenia imprez. Dlatego sądziłam, że moje córki docenią to, że każda może obchodzi urodziny sama i mieć tylko swoje święto. Jakże się myliłam!

       

      - Mamo, ile do Helenki urodzin?

      - Już bardzo niedługo, cztery dni.

      - A do moich? Niedługo?

      - Nie, kochanie, do twoich urodzin jeszcze ponad pięć miesięcy.

      - Iiiile to dni?

       

      Liczę, liczę, liczę, (całkiem niepotrzebnie, bo i tak mnie nie sprawdzi, ale liczę).

      - Jeszcze sto pięćdziesiąt dwa dni.

      Mina Mariance rzednie.

       

      Myśli, myśli, myśli.

       

      - A wiesz, co najbardziej mnie cieszy, mamo?

      - Że będzie dla Helenki fajne przyjęcie? - pytam z nadzieją.

      - Nie! Że za pięć dni, jak się obudzimy, do moich urodzin będzie jeszcze daleko, ale do Helenki jeszcze dalej!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „urodziny”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 31 marca 2013 20:39
  • niedziela, 24 marca 2013
    • w kraju Helenki

      Nie wiem, czy Wasze dzieci mają własny język i własny kraj, ale moje tak. "Własny język" z reguły mnie irytuje, bo zwykle dziewczyny informują mnie.

      - Wiesz, jak jest po mojemu dzień dobry?

      - Hm?

      - Szeriperi. A dobranoc?

      - Hm?

      - Perimeri. A "umiem liczyć do stu"?

      - Hm?

      - Udi fudi ludi.

       

      I tak dalej, bardzo długo. Ewentualnie rozmawiają ze sobą tak:

      - Szeriperi bela, psiakpsiak.

      - Belabimba psiak, wehebubu, ludi budi. Rozumiemy się, prawda? Hahaha.

       

      O ile te bełkoty niemożliwie mnie denerwują, to uwielbiam opowieści o kraju Helenki.

       

      Bo w kraju Helenki, wszystko jest lepsze. W kraju Helenki straż miejska nigdy nie zabiera mamie samochodu na lawecie, tylko łapie groźnych złodziei. W kraju Helenki na pierwszy dzień wiosny jest gorąco. Albo na przykład dzisiaj. Z powodu maratonu musiałyśmy zawrócić samochodem, bo nie dało się przejechać, natomiast karetka pogotowia na sygnale przejechała i musiałam wyjaśniać, dlaczego my nie możemy tak pojechać. Potem okazuje się, że w kraju Helenki nigdzie nie trzeba jeździć, bo wszędzie jest tak blisko, że się chodzi, a nawet karetek nie ma, tak jest wszędzie blisko, mamo. Dzieje się tak dlatego, że ludzie mieszkają w małych domkach, ale w ogóle nie jest im ciasno, bo na każdym dachu dzieci mogą biegać.

       

      W kraju Helenki jest też wszystko jeszcze ciekawsze, niż u nas.

      - Wiecie, dziewczyny, że zaczyna się teraz Wielki Tydzień i w tym tygodniu dni się nazywają Wielki Poniedziałek, Wielki Wtorek, Wielka Środa.

      - A w moim kraju to jest tak, że jest Wielki Tydzień i jeszcze jest Mały Tydzień, i jeszcze jest Średni Tydzień!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „w kraju Helenki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 marca 2013 13:34
  • piątek, 22 marca 2013
    • całuski

      Przez parę lat królowała w naszym domu pozycja "Całus na dobranoc" Amy Hest. Nie można było bez jej lektury zasnąć. Nie można było też podczas lektury się nie całować.

      całus

       

      A ostatnio wpadła mi w ręce nowa całuśna pozycja książkowa wydawnictwa Czarna Owieczka "Buziaki, całusy, pocałunki". 

       

      Można powiedzieć, że naukowo podchodzi do kwestii pocałunków - po co są, czy na całym świecie ludzie całują się tak samo, czy zwierzęta się całują, jaki jest rekord długości pocałunku, w co można się całować (okazało się, że dziewczynki nigdy nie widziały, żeby ktoś całował kobiety w rękę - jakaś rewolucja obyczajowa, czy mało spostrzegawcze są?), czy w niektórych krajach pocałunki są zabronione.

       

      Do tego jest krótka historyjka, która łączy te wszystkie ciekawostki i dużo śmiesznych obrazków. Zanim się skończy czytać tę krótką książeczkę, wszyscy słuchacze są zwykle wyślinieni od wzajemnych pocałunków. Polecam!

      buziaki

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „całuski”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      piątek, 22 marca 2013 12:28
  • poniedziałek, 18 marca 2013
    • co jest obciachem

      To była długa, długa podróż samochodem. Tylko ja z córkami. I wtedy wpadłam na szalony pomysł nauczenia dzieci hymnu narodowego. Bardzo im się spodobało. Nauczyły się śpiewać trzy zwrotki, potem już śpiewały bezustannie, chórem, w rozmaitych okolicznościach (dodając rozmaite rzeczy od siebie typu "dał nam przykład Bonaparte jak zaczarowany").

       

      Było mi łyso. Już wolałam, jak śpiewały kolędy na całe gardło w tramwaju. Ale tak hymn narodowy na huśtawce? Dobra, nie ma się co hymnu wstydzić, ale jakaś specjalnie dumna też nie byłam. Mówiłam, że tak może ten hymn to się śpiewa w wyjątkowych sytuacjach, ale nie zwracały uwagi. Miałam też pewne obawy, czy w grupie przedszkolnej, w której posiadanie kucyków pony i bakuganów jest wyznacznikiem statusu moje córki nie padną (przeze mnie i mój napad patriotyzmu!) ofiarą szyderstw.

       

      Ale proszę, nie doceniłam dzieci. Marianna przyszła z przedszkola rozanielona, że jej najulubieńszy kolega też zna hymn Polski i śpiewali go sobie cały dzień. Cudnie, doprawdy. I jeszcze czwartej zwrotki jej nauczył.

       

      Nie wiem, czy inni są bardziej dojrzali, mają bardziej zintegrowaną osobowość, ale mnie czasem nęka wewnętrzna wojna między Matką-we-mnie, która uczy, jak ma być, a Nastolatka-we-mnie, która to kontestuje i której najbardziej zależy na byciu akceptowaną.

       

      Uczę dzieci różnych rzeczy, bo jestem dorosła i odpowiedzialna, ale jednocześnie się od tego dystansowały. I tak z tym hymnem było.

       

      Albo każę dziewczynkom gasić lampy, zabraniam pstrykać światłem, tłumaczę, że koszty, że ekologia i takie tam. Ale kiedy idziemy w gości i inne dzieci pstrykają światłem dla zabawy, a moje mówią: "Nie wolno, bo marnujesz, a twoi rodzice wydadzą na to pieniądze", to myślę sobie: "Czemuż one nie są tak radosne i beztroskie, czemuż, ach czemuż nie pstrykają tym światłem i nie śmieją się jak inne dzieci"?

       

      Myślę, że to jest problem szerszy. Może jakiś narodowy charakter tutaj widać? Bo matki nawijają dzieciom, że mają się dzielić, nie popychać, byc grzeczne, a potem z zachwytem patrzą, jak ich maluch rozpycha się w piaskownicy, podbiera zabawki i "sobie radzi w życiu". 

       

      Dziecko ma być grzeczne - ale nie za grzeczne. Ma być mądre, ale nie przemądrzałe. A już pod żadnym pozorem nie może być "starym malutkim", bo to chyba jedna z najgorszych rzeczy, jakie można o dziecku powiedzieć.

       

      Muszę chyba to przeanalizować wszystko, jakąś autoterapię sobie strzelić. Nie obserwujecie u siebie takich rozdwojeń? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „co jest obciachem”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 marca 2013 13:57
  • piątek, 08 marca 2013
    • lanserska lama

      Dzisiaj recenzuję i reklamuję, (chociaż nikt mi nie płaci za to), niedawno otwartą prodzieciową kawiarnię w Warszawie - "Mama Lama" na Dąbrowskiego.

       

      mama

      Nie jestem fanką sal zabaw, gdzie piszczące, spocone dzieciaki w brudnych skarpetach nurkują w oplutych piłeczkach i znikają co chwila w różnych wylotach zakręconych zjeżdżalni zasapanym rodzicom, którzy biegają za nimi z okrzykiem "Amelko! Stasiu!"

       

      Jednak czasem (na przykład na chłodnym przedwiośniu) przydałoby się miejsce, gdzie dorośli mogą wypić kawkę, a dzieci pobawić w sali. I to niekoniecznie bardzo malutkie dzieci, które się zadowolą bujanym konikiem i jeździkiem.

       

      "Mama Lama" taka właśnie jest. Ma miłą, bardzo ładną salę do zabawy, nie za dużą, ale nie za małą - można  spędzić czas albo spokojnie, rysując, bawiac się, grając w sympatyczne gry na komputerze, albo bardziej ekstremalnie - pod sufitem, gdzie sa drabinki, mostki, domki "na drzewie", drabinki, wielkie klocki. Nie tylko moje córy, ale i dwie miłe drugoklasistki świetnie spędziły tam prawie 3 godziny. Jedzenie smaczne, mają własną kuchnię, potrawy nadające się dla dzieci. Git.

       

      Minusem są ceny - herbata i dwa soczki za 20 zł to nawet w lanserskiej knajpie na Moko bardzo dużo. W dodatku za salę zabaw płaci się dodatkowo. I jeszcze minus dla pani pilnującej sali zabaw, która w żaden sposób nie zareagowała na mały, ale jednak, wypadek z dużymi klockami.

       

      Widziałam, że mają duży wybór zajęć dla dzieci - ale na niczym nie byłam. W sumie - mimo cen i niezbyt pomocnej pani opiekującej się salą - bardzo polecam. Nie znam wszystkich kawiarni dla dzieci i rodziców w Warszawie. Jednak z tych, które do tej pory odwiedziłam, uważam, że na spotkania dziecięco-rodzicielskie bezkonkurencyjne miejsce w dni, kiedy pogoda nie zachęca do spędzania czasu na powietrzu (bo brak ogródka da się we znaki latem).

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      piątek, 08 marca 2013 21:38
  • niedziela, 03 marca 2013
  • sobota, 02 marca 2013
    • szaleństwa z Pippi

      Jest szał. Pippi Pończoszanka króluje niepodzielnie.

      Strój na bal karnawałowy? Pippi.

      Audiobook? O Pippi.

      Książki? Pippi - prawdziwa i wersje dla młodszych (wydane przez Zakamarki).

      Do kina? Na Pippi. Byłyśmy niedawno w Iluzjonie (w niedziele mają tam cenną inicjatywę - Mały Iluzjon, zamierzam śledzić repertuar.

       Film na DVD? Pippi oczywiście. 

      dvd pippi

       

      Pippi i Pippi, aż czasem, jak jeszcze dodatkowo czytamy "Małpiszonka Pipi" Collodiego, albo "Felka i Tolę", gdzie występuje Pip, to aż mnie cosik trafia.

      Jako wytrawne znawczynie lubują się w wyszukiwaniu różnic w tłumaczeniach tych rozmaitych dzieł i cytują fachowo.

       

      Ale najlepsze, że nauczyły się twórczo mówić w stylu Pippi.

       

      JA (pełnym pretensji tonem matki udręczonej, ledwo powłócząc nogami): Helenko, naprawdę nie jest mi wygodnie iść na spacer, kiedy rzucasz się na mnie i wisisz mi u pasa.

      HELENKA: Tak? A w Szwecji to wszystkie dzieci zwisają na dorosłych. Nawet po troje. I oni bardzo się cieszą i tylko zapraszają więcej dzieci.

       

      A wtedy, jeśli jest się wtajemniczonym, można odpowiedzieć: Pewnie są od tego zdrowi jak rzepy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „szaleństwa z Pippi”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      sobota, 02 marca 2013 21:11

Tagi

Kanał informacyjny

konkurs