Co słychać u dziewczynek?

Wpisy

  • poniedziałek, 27 stycznia 2014
    • warszawskie ślizgawki

      Sezon łyżwiarski rozpoczął się i od kilku tygodni robimy wycieczki na rozmaite warszawskie lodowiska.

       

      Dziewczynki są nastawione do jazdy na łyżwach umiarkowanie pozytywnie. Zwykle chcą iść na łyżwy, ale potem bardzo szybko marzną i ogólnie narzekają, że "na nartach jest lepiej", oraz że "za mało czekolady".

       

      Oto Marianna. Minę ma niezbyt zachwyconą, ale akurat było tak zimno, że cały obiektyw mgłą zaszedł.

       

      Pierwsza tegoroczna próba łyżew miała miejsce na małej ślizgawce na rynku Starego Miasta. Lodowisko jest malutkie, ale w bardzo klimatycznym miejscu, a po zmroku są ładne, kolorowe światła. Naprawdę, można się poczuć jak w Kopenhadze czy co, taka miejska, zimowa, demokratyczna rozrywka. Fajnie! Ślizgawka poza tym jest za darmo, a w wypożyczalni mają całkiem dobre łyżwy (a przynajmniej ja miałam szczęście).  A bonusem są rozmaite uroki Starówki, szczególnie fajna jest instalacja neonów na rynku Nowego Miasta, gdzie oprócz labiryntu ze światełek jest też świecący miś, który czyta na głos bajkę. Helenka była urzeczona.

       

      Wczoraj odwiedziłyśmy najbardziej medialne w tym sezonie, czyli ślizgawkę na stadionie narodowym.

       

      O bilety na stadion najlepiej zatroszczyć się nawet tydzień wcześniej. Wystawiane są w internecie z siedmiodniowym wyprzedzeniem i szybko znikają. Nie jest wcale jakoś horrendalnie drogo (10 zł za dorosłego, 6 zł za dziecko od lat pięciu + 5 zł za parking). Poszłyśmy na poranek dla dzieci, na którym są też instruktorzy jazdy. Liczyłam na to, że lodowisko będzie ogromne, że będą zajęcia i że będzie ciepło, bo pod dachem. No i muszę przyznać, że lekko się rozczarowałam, bo lodowisko zajmuje bardzo małą część płyty stadionu i naprawdę nie jest zbyt duże. W dodatku lód jest nierówny (albo miałyśmy pecha i akurat tego dnia tak się zdarzyło). I wcale nie jest ciepło, wręcz przeciwnie (chociaż oczywiście nie wieje). I Marianna nie chciała też brać udziału w żadnych zajęciach. To już oczywiście jest problem Marianny, a nie zajęć, którym raczej nic nie brakowało, ale przyznacie, że mogłam się czuć rozczarowana. W każdym razie, główną zaletą tego wypadu było to, że obejrzałyśmy po raz pierwszy stadion od środka. Warto!

       

      Gdyby zatem ktoś chciał pojeździć w cieple, to polecam jednak Torwar, tylko tam jest naprawdę tłoczno.

       

      A na razie w moim prywatnym rankingu najlepszych lodowisk jednak przoduje stary, dobry Tor Stegny. Trzeba tylko koniecznie sprawdzać na ich stronie godziny otwarcia, bo na Stegnach są bardzo długie przerwy techniczne i  nie można sobie ot, tak przyjechać o dowolnej porze. 

       

      Pojechaliśmy tam w zeszłym tygodniu. Przez całą drogę opowiadałam rodzinie kombatanckie historie, jak to wyglądał Tor Stegny dwadzieścia lat temu i okazało się... że wygląda w zasadzie tak samo.  Najpierw się idzie koło giełdy narciarskiej. Potem trzeba odstać swoje w kolejce do kasy (drożej niż na stadionie). Kto chce ostrzyć łyżwy, to musi odstać swoje w kolejce do ostrzalni mieszczącej się w drewnianej budce, kolejka częściowo stoi na mrozie, a w budce ostrzy ten sam pan, co w czasach mojej podstawówki. Kolejka do wypożyczalni (łyżwy są kiepskie!). Trzeba przejść przez tych kilka nieprzyjemnych rytuałów i odczekać swoje. Jednak lodowisko jest ogromne (tor plus mała ślizgawka dla początkujących), a lód gładziutki i cudny, a w sumie o to chodzi. Łyżwy są fajne! Chociaż chyba ja mam największą radochę, ale co tam! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „warszawskie ślizgawki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 stycznia 2014 09:48
  • środa, 22 stycznia 2014
    • tajemnicza książka i trochę o klimacie magii

      Przyszedł czas, by ujawnić, która to książka (bo oczywiście jest to książka), jest ciekawsza nawet od mitów. No, dobra, troszkę też zahacza o mity, ale tym razem nie greckie, tylko skandynawskie. Chodzi o nowość, wydaną pod koniec roku "Księgę Ludensona" Zofii Staneckiej.

       

       

      Moje dziewczynki nigdy nie były szczególnie rozkochane w serii o Basi (wiem, że niektórym dzieciom taka przypadłość się zdarza), natomiast ta książka absolutnie je zachwyciła. 

       

      Moim zdaniem przeznaczona jest dla dzieci powyżej lat sześciu, myślę też, że dla dzieci do końca szkoły podstawowej może być bardzo ciekawa, chociaż i bardzo rozczytane pięciolatki (patrz: Helenka) też mogą się zachwycić, zwłaszcza że jedna z głównych bohaterek ma pięć lat.

       

      Piszę "jedna z głównych", bo bohaterów zresztą jest tutaj mnóstwo, powieść jest wielowątkowa, bardzo wciągająca i naprawdę trzyma w napięciu.

       

      Fabułę streścić można tak: czwórka rodzeństwa (od pięciolatki do nastolatki, więc można się utożsamić z różnymi bohaterami) jedzie nad morze. Zamieszkują w starej willi, w której znajduje się tajemniczy, zamknięty pokój. Otwierając do niego drzwi, wplątują się w poszukiwania magicznej, prastarej księgi i poznają równoległy świat dawnych stworów, które ukrywają się na codzień przed ludźmi - olbrzymów, trolli, płanetników i syren.

       

      Powieść jest z jednej strony bardzo realistyczna i prawdopodobna psychologicznie, a z drugiej strony bardzo baśniowa i magiczna. "Księga" jest dopracowana i wysmakowana wręcz w szczegółach. Autorka ukrywa tam też różne smaczki dla dorosłych czytelników, z czego najbardziej doceniam dużo jawnych zupełnie odniesień do "Ucieczki na Południe" Mrożka. Zakończenie też nie rozczarowuje (a nieraz tak jest, że jak jest dużo wątków poplątanych i zamotanych, to potem autorzy sami nie wiedzą, jak skończyć). 

       

      Dodatkowo książka mówi o potędze książek jako takich, no i młodsze dzieci (patrz: Helenka) mogą uwierzyć, że książka, którą trzymają w rękach, jest tą prawdziwą, zaczarowaną księgą.

       

      Co jeszcze? U nas wyjątkowym plusem jest to, że jedna z bohaterek ma na imię Marianna, a druga Mania. Marianka nakazała wręcz nazywać się teraz Manią (do czego ma wszelkie prawa) i zapowiedziała, że tak przedstawi się w szkole, żeby wszyscy zawsze tak na nią mówili.

       

      Poza tym okazało się, że Mikołaj jeszcze kilkorgu dzieciom w przedszkolu przyniósł tę samą książkę pod choinkę, więc mają teraz mały klub miłośników Ludensona i bawią się, cytując "Księgę", także po szwedzku, bo padają tam zdania po szwedzku. Naprawdę, szał.

       

      Książka ta trochę mi się skojarzyła z "Kapeluszem za sto tysięcy" Bahdaja, bo pamiętam, że czytałam ją właśnie przed pójściem do szkoły, akcja również toczy się nad morzem i też dotyczy rozwiązania zagadki. Ale... No właśnie, ale nie ma tam wątku magicznego.

       

      Zaczęłam ostatnio myśleć o tym, że współczesna kultura i popkultura dla dzieci bardzo się umagiczniła od mojego dzieciństwa. Trzydzieści lat temu z baśni się wyrastało, im szybciej tym lepiej. Nie było chyba aż takiej magicznej, wróżkowej, bajkowej aury, nie sądzicie? Oczywiście, były pełne fantazji książki, ale chyba nie dominowały one tak bardzo w wyobraźni zbiorowej dzieci, jak stało się to po wielkim sukcesie choćby Harry'ego Pottera.

       

      Myślę, że ma to też związek z fascynującym mnie zjawiskiem, że dzisiejsze dzieci dużo dłużej wierzą we wspomnianego wyżej Mikołaja. Kiedy ja szłam do szkoły, dzieci już w niego nie wierzyły. Teraz dzieci w tym wieku - wierzą, prawie wszystkie. Myślę, że częściowo dzisiejsze dzieci po prostu bardzo chcą wierzyć w rozmaite czarodziejskie i magiczne zjawiska. Nie są tak bardzo nastawione na przejrzenie oszustwa, dotarcie do prawdy.

       

      Jak sądzicie? Czy to słuszna intuicja? Jak myślicie? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „tajemnicza książka i trochę o klimacie magii”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      środa, 22 stycznia 2014 13:14
  • czwartek, 16 stycznia 2014
    • czym ucieszyć małoletniego fana mitologii?

      Obsesja (bo inaczej nie umiem tego nazwać) związana z greckimi bogami trwa u nas nadal.

      Dziewczyny robią sobie nawzajem i innym członkom rodziny testy z wiedzy mitologicznej.Myślę, że jakąś Wielką Grę by rozwaliły. Znajomość takich bogów jak Nyks, Momos, Eris, jak również szybkie wymienienie nazw planet przy mocy nazw greckich (znaczy się: Hermes, Afrodyta, Ziemia, Ares, Zeus, Kronos, Uranos) to poziom zdecydowanie basic w tej chwili. 

       

      Co może ucieszyć takiego fana mitologii?

       

      Pomysł pierwszy: zamówienie do Mikołaja brzmiało "toga rzymska", ale wyszło z tego przebranie rzymskie-ogólnie starożytne-trochę bardziej jednak sukienka. Trzeba mieć zgrabne ręce, albo zamówić (tak jak ja u nieocenione Justyny Ołtarzewskiej, która w ogóle fajnie szyje, tak to jest reklama i lokowanie produktu!). Do to laurowy wieniec  - na allegro chodzą  po 15 zł.

       Marianna w todze

      Pomysł drugi - łatwy do realizacji, nowa mitologia dla dzieci po polsku, dostępna wszędzie. "Moja pierwsza mitologia" Katarzyny Marciniak. Moim zdaniem nie dorównuje mojemu ukochanemu i chłodno-obiektywnemu, a zarazem zrozumiałemu Inkiowowi, ale jest niezła i może trafić na pewno już do pięciolatków. Większość mitów jest opowiedziana z perspektywy zwierząt, autorka używa prostego języka. Momentami jest słodko, ale nie spodkałam irytującego. Dodatkowo są fragmenty o wywodzących się ze starożytności powiedzeniach i przykłady, jak można je dzisiaj stosować. Ładne ilustracje - warto!

       

      Pomysł trzeci - dla odmiany niełatwy, ale od czego są zagraniczne serwisy z wysyłką do Polski? Otóż w innych krajach rynek wydawniczy przygotował się na takie zjawiska, jak dziecięca choroba mitologiczna i zareagował takimi pozycjami (obie z wydawnictwa Usborne).

      Pierwsza jest bardzo prosta - "Sticker Dressing Greek Myths" -  zwykła książeczka, przypominająca wyklejanki -laleczki do ubierania, tyle że tu ubiera się greckich bogów i bohaterów. Do tego bardzo podstawowe informacje o kolejnych postaciach.

       

      Druga to "Greek Myths Sticker Book" - dla nieco starszych, prześliczna, z długimi i skomplikowanymi mitami, które ilustruje się samemu naklejkami przedstawiającymi reprodukcje dzieł sztuki z bardzo różnych epok.

       

       

      Pomysł czwarty - jeszcze niezrealizowany. Odkryłam, że wydawnictwo DeAgostini wydaje całą serię gazetek o mitach (różnych, nie tylko greckich) pod nazwą "Mythos". Grupa odbiorców chyba w zamyśle miała być starsza niż przedszkolaki, ale do gazetek dołączone są figurki bogów. Tandetne i kolorowe! Cudne! Aż dziw, że tak trudno kupić tę serię. Na razie składuję te figurki w szafie i wyczekuję dobrego momentu na ich wręczenie.

       

      Pomysł piąty to gra Lego Minotaur. To już takie odległe echo zainteresowań mitologią, bo gra poza postacią Minotaura i labiryntem nic z grecką rzeczywistością nie ma wspólnego. Niemniej jednak jest całkiem dynamiczna i wciągająca. Taki szybki chińczyk z utrudnieniami i wrogiem. Pionki poruszają się od bazy do środka labiryntu, jednak na kostce oprócz czterech zwykłych ścianek z daną liczbą kropek, są też dwie ścianki specjalne - jedna pozwala na zmianę układu labiryntu, a druga na poruszanie się Minotaurem i użycie go przeciwko innym graczom.  Grę buduje się samemu (nie jest to trudne) i jak to klocki Lego jest niezniszczalna.

       

      A na zakończenie dodam, że wczoraj usłyszałam słowa, na które długo czekałam z ust obu córek: "To jest ciekawsze niż mity!". A o co chodziło? O tym już wkrótce. Naprawdę wkrótce!

       

      PS Mikołajowi dziękuję za prezenty!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „czym ucieszyć małoletniego fana mitologii?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      pepperann
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 stycznia 2014 21:55

Tagi

Kanał informacyjny

konkurs